Omonia Ateny

Parę lat temu miałam dość nieprzyjemną dla mnie dyskusję z Jednym Takim, dotyczącą kobiet podróżujących solo. Jeden Taki przyznał, że owszem, zna takie panie, ale ich działalności nie pochwala. Zareagowałam równocześnie oburzeniem i zdziwieniem, bo Jeden Taki jest dokładnie z mojego rocznika, wydawałoby się więc, że przynajmniej poprawność polityczna powinna powstrzymać go od formułowania tej co najmniej kontrowersyjnej opinii. No nie powstrzymała (za to ja dzielnie powstrzymałam się od Wyrazów i blokady pana w socjalach). Naturalnie domyślam się, że pan nie marzy o ubezwłasnowolnieniu połowy społeczeństwa i wprowadzeniu nad Wisłą chomąta na wzór Arabii Saudyjskiej, a na myśli miał po prostu kwestię bezpieczeństwa.

Tak się składa, że lubię (serio, lubię) włóczyć się sama. Nie zawsze, sens takiego na przykład roadtripu to zdecydowanie dwie bliskie osoby, samochód i możliwie puste drogi gdzieś na końcu świata. Lubię też mieć z kim wieczorem iść na drinka, a rano zjeść śniadanie, natomiast włóczęgi po miastach to coś, co najlepiej mi wychodzi, kiedy jestem sama. Nie wiem, trzecie oko mi się otwiera, percepcja zmienia, czy jak to tam jeszcze nazwać. Więcej zauważam, lepiej mi się myśli, fajniej odbiera rzeczywistość. No i łatwiej robi zdjęcia. Nie mam suicydalnych skłonności, oczywiście że nie pcham się tam, gdzie wisi i mruga na czerwono wielki neon “rabunek, gwałt, handel żywym towarem”. To nawet nie jest tak, że powoduje mną strach, raczej zdrowy rozsądek (lubię swój portfel, lubię swój telefon i nade wszystko lubię mieć dwie nerki). Bardzo chciałabym móc się nie ograniczać i boli mnie to, że czasem robię to tylko ze względu na swoją płeć, niemniej robię to, w obcych miejscach dość skrupulatnie.

Co nie znaczy, że zawsze działa.

Ateny - Exarchia

Bezpieczeństwo w podróży – Ateny after dark

Do Aten pojechałam sama, spędzić sobie urodzinowy weekend. Na nocleg wybrałam hotel zlokalizowany w Omonii. Omonia to taka dość szemrana dzielnica, niegdyś bardzo złej sławy (legenda głosi, że można tu było kupić wszystko, kobietę, nerkę i rakietę ziemia-powietrze). Obecnie mieszkają tu głównie emigranci, co mi specjalnej różnicy nie zrobiło. Ciemne uliczki i podejrzane zaułki zawsze kręciły mnie bardziej, niż starożytne ruiny (w tym miejscu koleżanka Magdalena – archeolog z papierami –  spluwa z pogardą przez lewe ramię). Na miejsce dotarłam grubo po dwudziestej trzeciej (Ryanair my ass) i wprawdzie nie było to przeżycie graniczne,  ale na wszelki wypadek resztę wieczoru eksplorowałam dzielnię z balkonu. Na zapoznawczy spacerek się nie skusiłam, co nie byłoby żadnym problemem w takiej na przykład Lizbonie.

W ciągu dnia Omonia jest ok (lub prawie ok, z jednej bardzo zachęcającej fotograficznie uliczki wygoniły mnie gwizdy dwóch panów, oraz przyćpany typ grzebiący w śmietniku) – nie odradzam, zalecam ostrożność. Oswoiwszy nieco otoczenie, późnym popołudniem wybrałam się na Filopappou Hill (bardzo ładny, soczyście krwisty zachód słońca, o ile oczywiście dzień jest bezchmurny). Rozochocona wycziliowaną atmosferą, czwartym caffe fredo (Grecy oprócz słodkiego mlecznego świństwa podają też wersję czarna gorzka na lodzie, bdb) i musaką z widokiem na Akropol, postanowiłam wrócić do hotelu spacerkiem, dwie stacje metra, prosto po wskazówkach z google mapsa. Google maps nie ma niestety opcji “pieszo, ale jest późny ateński wieczór, a telefon trzyma samotna laska”, a w tej sytuacji bardzo by się przydała. W pewnym momencie znalazłam się w ciasnej uliczce, gdzie oprócz mnie i mojego gpsa stali sami panowie podpierający mury, patrzący na mnie wzrokiem mało przychylnym. Wielu ich stało. Na tyle wielu, że byłam o jedno mało przychylne spojrzenie od zamiany mojego szybkiego marszu w sprint ile fabryka dała.

 

Po powrocie do hotelu sprawdziłam, gdzież to mnie mój brak riserczu zaprowadził. Okazało się, że weszłam w dzielnię mafii bangladesko-pakistańsko-hinduskiej, i wprawdzie mogło być gorzej (dzielnia rosyjsko-bułgarska ze specjalizacją w broni i żywym towarze), ale i tak highly not recommended, głównie twarde narkotyki. Niby żyję, nic mi się nie stało, nikt mi nic nie wyrywał i nie napastował, ale od tamtego wieczoru jestem jakby mniej beztroska.

Nie róbcie tego w domu (róbcie za to dobry risercz).

Bezpieczeństwo w podróży – Południowa Afryka

Kupując bilet do Johannesburga, zdawałam sobie sprawę z historii Południowej Afryki (przynajmniej na tyle, na ile przedstawiają ją reportaże Wojciecha Jagielskiego i Ryszarda Kapuścińskiego – myślę że “Wojna futbolowa” to minimum wiedzy, jakie wykształcony człowiek powinien mieć o tym rejonie świata, warto też przeczytać “The Bang Bang Club” – historię południowoafrykańskich reporterów z czasów upadku apartheidu). Zdawałam sobie też sprawę z faktu, że jest to kraj uważany za jeden z najniebezpieczniejszych na świecie (bardzo wysokie wskaźniki gwałtów i zabójstw), ale leciałam tam wyposażona w (jakąś tam) wiedzę, jak niebezpieczeństwa unikać.

Na miejscu okazało się, że apartheid może i został wykreślony z regulacji prawnych, ale w południowoafrykańskich stosunkach społecznych nadal ma się świetnie, w obie strony. Przedsmak miałam bodajże w drugiej godzinie w Johannesburgu, kiedy to wstukałyśmy w gpsa prawidłową ulicę, ale w downtown, a nie w podmiejskim Edenvale. Owszem, w centrum było głośno i byłyśmy jedynymi białymi jak okiem sięgnąć, ale „run away from there”, które usłyszałyśmy od gospodarza przez telefon, uznałam za grubą przesadę.

Pierwsze, co nas zaskoczyło w RPA, to nieskazitelnie czyste mieszkanie naszego pierwszego gospodarza, singla mieszkającego ze współlokatorem. Oczywiście, zdarzają się wyjątki i pedanci latający na szmacie, ale z umywalki w łazience dosłownie można było jeść. Po kilku głębszych odważyłyśmy się głośno zadać pytanie „stary, a co ty masz tu tak czysto…?”. Gospodarz wskazał za okno, na małą szopę stojącą na podwórku, że otóż tam mieszka jego czarna pomoc domowa. Aha, ok.

Dalej było tylko lepiej. Nocowałyśmy na burskiej farmie, gdzie rezydentka opowiadała nam o swoich wrażeniach z pobytu w Europie. Najbardziej szokujący okazał się fakt, że po zmroku ludzie nie dość że swobodnie chodzą po ulicach, to jeszcze bawią się i piją (myślę, że pomimo mieszkania na południowoafrykańskiej farmie widziała takie sceny nie raz w mediach, ale zobaczenie tego na żywo ją przerosło). Zapytana o ogólne wrażenia z Europy odpowiedziała krótkim “ser macie smaczny, ale nie ma czarnej służby, a ta co jest, jest TAKA DROGA”. Po czym uraczyła nas serią dobrych rad, zasadniczo sprowadzających się do jednego: są miejsca dla białych, i są miejsca dla czarnych, omijajcie te drugie, bo was tam zgwałcą, okradną, zabiją, a potem znowu zgwałcą. Wychowano nas w duchu europejskiego egalitaryzmu, więc na ten jawny rasizm popukałyśmy się wewnętrznie w czoło (zewnętrznie nie wypadało przy gospodyni), ale ziarno paranoi zostało zasiane.

Z dnia na dzień ta paranoja rosła, bo faktycznie, RPA jest podzielone niewidzialnymi granicami (albo aż nadto oznaczonymi – osiedla mieszkalne ogrodzone podwójnymi murami, drutem kolczastym i obwieszone tabliczkami “armed response”). Byłyśmy w marketach, w których spotykałyśmy samych białych (ewentualnie czarne kasjerki). Byłyśmy też  w takich, gdzie nie mogłyśmy kupić innego szamponu niż do włosów ciemnych, kręconych, a dosłownie co drugi kupujący patrzył na nas z mieszanką zdziwienia i niechęci (a tak nam się przynajmniej wydawało). Odnalezienie się w tym labiryncie białych i czarnych ulic było naprawdę trudne i zdarzyło się, że pomimo pustego baku miałyśmy opory przed podjechaniem pod stację benzynową, bo było już mocno po zmroku (ale i był taki Shell, gdzie obsługa była w stu procentach czarna, ale po pierwszej ostrej konfuzji panie domagały się wspólnej sesji zdjęciowej, najwidoczniej reszta białych panienek z okolicy wiedziała, gdzie jest ich stacja benzynowa).

Z perspektywy czasu, ta paranoja wydaje mi się absurdalna i z europejskiego punktu widzenia wręcz się wstydzę, że jej uległam. Nic nam się nie stało, nie byłyśmy nawet blisko żadnej niebezpiecznej sytuacji, ale te statystyki, mury, druty kolczaste i uzbrojona ochrona nie wzięły się znikąd. Myślę, że kluczem do bezpiecznego odwiedzania krajów z wysokimi wskaźnikami przestępczości jest przede wszystkim chociaż odrobina wiedzy, opartej niekoniecznie o randomowe komentarze w internecie. Tu na przykład szerokim łukiem omijałyśmy townshipy (południowoafrykański odpowiednik faweli – slums to chyba nieodpowiednie słowo), nie tylko ze względu na zaszczepioną w nas paranoję, ale też z powodu refleksji, że ludzie traktowani jak małpki w zoo mogą nas nie przyjąć z otwartymi ramionami. To zresztą jest też powód, dla którego nadal nie wiem, czy chcę nawiedzić neapolitańską dzielnicę Scampia (chociaż nęci mnie brutalizm i lokacje z serialu Gomorra).

RPA

Bezpieczeństwo w podróży – dokąd się nie wybieram

Na pewno do żadnego kraju, gdzie aktualnie jest wojna, zagrożenie terrorystyczne albo ostre niepokoje społeczne. Byłam w Paryżu dwa miesiące po Charlie Hebdo – nie uważam tego za jakiś wyjątkowy akt brawury (w końcu mieszka tam kilka milionów ludzi), ale takie decyzje trzeba podjąć samodzielnie. Na pewno nie wybiorę się do Arabii Saudyjskiej (skrajny przykład), oraz mam duży problem z Indiami. Z jednej strony, bardzo mnie ten kraj ciekawi i miałabym pomysły na conajmniej kilka podróży. Z drugiej – mają tam duży problem demograficzny, polegający na nienaturalnym nadmiarze mężczyzn i niedoborze kobiet. Przyczyny takiego stanu to na pewno temat wielu prac doktorskich, więc nie będę się wdawać w szczegóły, ale w niektórych regionach Indii wskaźnik wynosi poniżej 700 dziewczynek na 1000 chłopców w najniższej grupie wiekowej. Znaczy, grubo. Trudno, żeby takie dysproporcje nie miały bezpośredniego przełożenia na przestępstwa na tle seksualnym. Oczywiście, rząd Indii nie stoi i nie patrzy z założonymi rękami na statystyki gwałtów, tylko jakieś działania podejmuje. Jednak – przy całym bogactwie kulturowym i naturze (oraz heloł, pociąg do Darjeeling i Himalaje, jestem groupie Wesa Andersona), nadal trzymam bezpieczny dystans do pomysłu zakupienia biletu do Delhi.

Oczywiście, każdy ryzyko ocenia na własny rachunek, natomiast myślę że kluczem do jego oszacowania jest po prostu dobry risercz. Ostatnio odezwała się do mnie dziewczyna, która zupełnie serio opowiadała mi o dużej chęci odwiedzenia Syrii w tym roku (yyy, nie rób tego…?). I tak, zawsze pojawia się turbo demagogiczny argument pt. “jeżdżenie samochodem po polskich drogach też jest niebezpieczne, życie jest niebezpieczne”. No jest, czy to oznacza, że dociskasz gaz na zakrętach i ograniczeniu do trzydziestu…?