Gdansk molo brzezno

Moje pierwsze wspomnienia z Gdańska to wakacje z babcią, bloki we Wrzeszczu, róże w oliwskim parku i czerwony dmuchany basenik na plaży w Jelitkowie. I jeszcze Pizza Hut na sopockim Monciaku (zdaje się, że wówczas równie dobre miejsce do lansu, co obecnie White Marlin, kto by się wtedy spodziewał  takiego skoku cywilizacyjnego). Potem jakoś nie miałam okazji pokochać Tricity, bo jakoś tak się składało, że bywałam w terminach typu Jarmark Dominikański, upalny sierpień, majówka. Czyli turystyczne turbopiekło. Co zawsze wydawało mi się nieco niezgodne z przekazem popkulturowym, bo tu z kolei odbiór mam bardzo pozytywny. A to „Krew z krwi” z genialną Agatą Kuleszą w roli Carmen – matki trójmiejskiej mafii, a to „Na kłopoty Bednarski” – uroczy oldskulowy serial pokazujący czasy Wolnego Miasta Gdańska z klimatem typu arszenik i stare koronki. Nie wspominając już o młodym Stasiu Mikulskim w roli Hansa Klossa, uwodzącym podwójne agentki w pokojach sopockiego Grand Hotelu.

Gdańsk Motława

Okazało się jednak, że podobnie jak w przypadku większości miejsc obleganych w sezonie przez turystów, wizyta przed okresem wakacyjnym zmienia percepcję znacząco. A także kończy się brzydką pogodą, ale to nic. Zresztą, z moich mało reprezentatywnych obserwacji (dwadzieścia minut na molo w Brzeźnie) wynika, że mieszkańcom Trójmiasta bliżej do podejścia skandynawskiego (to nie pogoda jest zła, to twoja kurtka jest za cienka), niż warszawskiego (piąta kropla deszczu – korki, kakałko, grzane wino i Netflix). Mieszkańcom Brzeźna ulewa najwyraźniej nie przeszkadzała w radosnym joggingu wzdłuż nadmorskiej promenady, spacerom z latoroślą, a nawet grze w siatkówkę plażową. Bardzo chwalę takie podejście (ale biernie). Z mojego gdańskiego weekendu w połowie maja wyniosłam zupełnie nowe wrażenie – miasta bardzo nowoczesnego i z zachodnioeuropejskim, wyluzowanym klimatem.

Podobnie jak w przypadku Krakowa, Bangkoku, czy Neapolu – myślę, że mieszkańcy tych miast co najwyżej spojrzeliby z mieszanką wyższości i politowania na wieść, że jakaś warszawka wpada im tu na weekend i tworzy jakieś przewodniki. Zatem zwyczajowy disclaimer – to nie jest żaden przewodnik, to po prostu kilka miejsc z długiej listy, które udało mi się odwiedzić i które spodobały mi się na tyle, że dzielę się i polecam odwiedzić również.

Gdańsk na weekend Mariacka

Gdańsk na weekend. Piątek – ładne focie na instagrama, piwo kraftowe i Słony Spichlerz.

Z ostatniej wizyty na półwyspie pamiętam monstrualne korki przed bramkami na A1, jakieś dziwne kombinacje z omijaniem przez Toruń i wyjazd zrąbany kwitnieniem w aucie, zanim się na dobre rozpoczął. Nic z tych rzeczy w połowie maja, wyjechałam ze stolicy o piętnastej, już po dziewiętnastej stałam przy drzwiach gotowa na dreptanie po gdańskich uliczkach. Notabene – ile razy założę sobie spokojny weekend na czillu i leżenie w saunie, tyle razy kończę z dwudziestoma kilometrami marszu na ajfonowym liczniku i solidnymi zakwasami. Tym razem nie inaczej.

Gdańsk na weekend Motława

Spacer wzdłuż Motławy

Oprócz mnie spacerowi oddawali się głównie Brytyjczycy na męskich wypadach i zagubione na dzikiej północy japońskie emerytki. To nic, dla urodzonej warszawianki każde większe polskie miasto, którego wojna nie zrównała z ziemią (czyli każde większe polskie miasto) jest turbo urocze. A jeśli dostanę w gratisie jeszcze mur pruski i zadbane kamienice, to już w ogóle jestem w siódmym niebie. Nawet, jeżeli mur pruski okazuje się być ścianą gdańskiego oddziału ZUS-u. Wzdłuż dwóch kanałów Motławy przy gdańskim Starym Mieście znajdziecie fotogeniczne skandynawskie staruszki, stylowych panów przed czterdziestką, wspomniany mur pruski, drużynę wioślarzy podczas treningu, marinę pełną jachtowych wycieczek w średnim wieku, raczących się winem i rozwieszających ręczniczki. Dla mnie pełnia szczęścia, ale bardziej wymagający mają też blisko do Muzeum II Wojny Światowej, Gdańskiego Teatru Szekspirowskiego, Gdańskiej Galerii Miejskiej, czy Narodowego Muzeum Morskiego. Lub fontannę Neptuna i Dwór Artusa, jeżeli ktoś nie uważał na wycieczkach szkolnych. Plus bonus – przy ładnej pogodzie późne popołudniowe światło robi tu naprawdę piękną złotą godzinę.

Gdańsk Motława

Cathead Multitap

Nie kocham piwa i nigdy nie kupuję do domu – od jakiegoś czasu mi nie wchodzi i po jednej szklance czuję się zbyt pełna, co jakby mija się z celem wyjścia na piwo. Cathead to bar w stylu brytyjskim (pełen, o niespodzianko, Brytyjczyków) i muzyką na żywo (bardzo spoko, pasowało do klimatu), oraz, co najważniejsze, wyrozumiałym barmanem. Pan zrozumiał moje „dzień dobry, nie bardzo lubię piwo, nalej mi proszę coś rześkiego” właściwie, nie zrobiłam się pełna, tylko głodna. Kranów jest kilkanaście, plus opcje butelkowane, jeżeli ktoś ma potrzebę.

Gdańsk na weekend Spichlerz

Cathead Multitap bar, Powroźnicza 19/20

Słony Spichlerz

Niedawno otwarty zespół dziewięciu restauracji pod jednym dachem (plus bar i klub nocny z osobnym wejściem). Na polski – taki trochę food court, tylko ładny. Weszłam tam w piątkowy wieczór (około dwudziestej pierwszej) i po dwóch minutach chciałam zarządzić ewakuację. Raz, że potworny tłok, dwa, że po pierwszym rzucie oka na ceny uznałam, że peron tu komuś mocno odjeżdża, a skandynawska klientela niekoniecznie musi oznaczać skandynawskie ceny. Gajz, czterdzieści ziko to nawet w MOD-zie ramen nie kosztuje. Opanowałam się nieco, kiedy udało mi się dorwać krzesełko i lambrusco. Ostatecznie wycieczka zdecydowała się na pizzę z Czerwonego Pieca oraz miskę z falafelem z Chwili Momentu (obydwie opcje normalniejsze cenowo, oraz nie wiem jak to odmienić, „z Chwili Moment”?). Jedzeniu udało się wyprzeć uprzednie mało korzystne pierwsze wrażenie – zarówno falafelowa miska, jak i pizza były bardzo godne. Z czystym sumieniem polecam, chociaż raczej o innej porze, niż piątkowy wieczór (chyba, że komuś tłum niestraszny).

Słony Spichlerz Gdańsk

Slony Spichlerz Gdańsk

Słony Spichlerz, Chmielna 10

Gdańsk na weekend. Sobota – murale, cydr i mgła.
Murale Kolekcja Malarstwa Monumentalnego na gdańskiej Zaspie

Jeżeli widzieliście Fontannę Neptuna i Dwór Artusa na trzech wycieczkach szkolnych i czujecie, że czwarty nie musicie, to serdecznie polecam poranną (może być też popołudniowa) wycieczkę na gdańskie osiedle Zaspa. Z daleka to po prostu osiedle z wielkiej płyty, jakich w Polsce aż nadto. Od wszystkich innych różni je jednak kolekcja murali, obecnych na prawie każdej bocznej ścianie większości tutejszych bloków. Murale powstały w ramach festiwalu Monumental Art, a obecnie jest ich równe sześćdziesiąt. Z ciekawostek – blok z wizerunkiem Lecha Wałęsy to ten, w którym były prezydent faktycznie mieszkał w latach osiemdziesiątych. Rano zastała mnie tu naprawdę przyjemna atmosfera – sąsiedzkie pogaduszki o pogodzie („pani, jaka mgła rano była!”), podblokowe ogródki i emerytki z pieskami. Więcej na temat murali na tej stronie (bardzo fajnie prowadzona, jest mapka i przewodnik).

Gdańsk Zaspa murale

Gdańsk Zaspa murale

Gdańsk Zaspa murale

Osiedle Zaspa, Gdańsk

Wege lanczyk – ulica Wajdeloty we Wrzeszczu

Dokładnie w chwili, w której skończyłam zwiedzać murale i zażyczyłam sobie oglądać najdłuższy blok w Polsce, zaczął lać deszcz. Mieszkańcom Gdańska wydawało się to nie przeszkadzać (żadnej ucieczki biegiem, kontynuowanie joggingu i rekreacyjnej jazdy na rowerze), mi owszem, do tego zgłodniałam. Postanowiłam więc skorzystać z instagramowej polecanki, to jest odwiedzić ulicę znaną z gęstego nagromadzenia wegetariańskich miejscówek. Z racji ulewy nie wybrzydzałam i nie robiłam obchodu, tylko weszłam tam, gdzie były wolne stoliki, to jest na jaglanego burgera do Avocado Vegan Bistro i kawę, piwo oraz ciasteczko do Fukafe. Moja recenzja jest krótka – wegeburger był w porządku (podejrzewam inspirację przepisem na najlepsze wegeburgery na świecie z Jadłonomii). W Fukafe jest bardzo ładnie oraz zalałam się espresso, natomiast ta resztka która została, nie była kwaśna – duży plus.

Gdańsk Brzeźno molo

Gdańsk Fukafe

Gdańsk Avokado Bistro

Avocado Vegan Bistro, Wajdeloty 25

Fukafe, Wajdeloty 22

Sobotni aperitif – restauracja Papieroovka i Ink Above w hotelu Puro

Restauracja Papieroovka mieści się w hotelu, w którym nocowałam (Hotel Sadova) i poza ofertą obiadowo-kolacyjną i fajnym wystrojem (obłędny żyrandol z żywych roślin), specjalizuje się w cydrze i drinkach na jego bazie. Spróbowałam dwóch – z ginem i z rumem, obydwa pyszne. Bardzo polecam też wizytę w barze hotelu Puro – Ink Above (wjazd windą przy restauracji). Puro ma bardzo miły zwyczaj otwierania swoich barów dla szerszej publiczności, dodatkowo trwał festiwal whisky i związana z nim promocja mojego ulubionego alkoholu. No i last but not least, ten hotel ma naprawdę obłędny design, a więc drinkowanie w tym miejscu to dodatkowa przyjemność estetyczna.

Gdańsk Papieroovka

Hotel Puro Gdańsk

Ink Above Gdańsk

Papieroovka, Hotel Sadova, Łąkowa 60

Ink Above, Hotel Puro, Stągiewna 26

Zdrowa(ish) kolacja – Nie/mięsny

Deszcz się uspokoił, przyszła za to mgła (chociaż ani deszcz ani mgła nie są mi straszne przy napadzie głodu), więc można było udać się na kolację. Do Nie/mięsnego raz że miałam blisko, dwa że szeroko polecany, a trzy że raczej niespotykany koncept karty na wpół mięsnej, na wpół wege. Jedzony był labaneh, kiszone warzywka, oraz hummus z fetą, a pite białe wino (tak, dobrze czytacie, w tym dniu zaliczyłam już cydr, rum, gin, whisky i białe wino, co chwilę powtarzam, że potrzebuję drugą wątrobę), cały  zestaw bardzo polecam (tzn. mieszanie alkoholi jakby mniej).

Gdańsk Nie Mięsny

Nie/Mięsny, Jaskółcza 24

Gdańsk na weekend. Niedziela – molo w Orłowie i food coma.
Molo i Klif Orłowski

Wprawdzie prognoza straszyła ulewnym deszczem, ale rano zobaczyłam przebłyski słońca, więc udało się zrealizować punkt programu pod tytułem gdyńskie molo. To sopockie jest wprawdzie większe, bardziej znane i ma widok na Grand Hotel (oraz tego okropnego Sheratona, czy tylko ja uważam, że sopocki Sheraton jest trochę wanną z kolumnadą…?), ale orłowskie jakby bardziej swojskie. Rodziny i parki na niedzielnym spacerze, panowie na rybach i emeryci wpatrujący się w horyzont – o taki klimat nad morzem walczyliśmy. W bonusie przy orłowskim molo możemy lekko nielegalnie zwiedzić opuszczone sanatorium. Obecnie całkiem zdewastowane i streetartem bym tych bohomazów nie nazwała, ale jedna mozaika w stołówce się zachowała. No i sanatorium nadal ma stronę internetową, więc można sobie obejrzeć zdjęcia sprzed zaledwie piętnastu lat i oddać dekadenckiej refleksji o przemijaniu. Polecam (z tym że ostrożnie, budynek grozi zawaleniem).

Gdynia Orłowo

Gdynia Orłowo

Molo w Orłowie, Orłowska 

Obiad – Falla Gdynia

Prognoza zaczęła się sprawdzać, a dwa dni na Pomorzu to za krótko, żebym pokochała miks wiatru i ulewy, więc udałam się na hummusik. Falla to sieciówka z wegetariańską i wegańską kuchnią Bliskiego Wschodu i północnej Afryki, obecna w Trójmieście, Warszawie, Poznaniu i Bydgoszczy. Wolę niesieciówki (a mój ulubiony falafel oprócz izraelskiego Visha daje kebab Faraon na rondzie Waszyngtona), ale w sytuacji połączonych sił ulewy i głodu dałam się skusić. Wprawdzie hummusik w Nie/mięsnym smakował mi bardziej, ale porcje solidne (znowu się wytoczyłam), ładnie podane, a obsługa sympatyczna.

Falla Gdynia

 

Falla Gdynia, Żołnierzy I Armii Wojska Polskiego 12

To by było na tyle, po obiedzie zapadłam w food coma, następnie w autostrada coma (nic tak nie ulula, jak ruch jednostajny w samochodzie) i śnił mi się szum fal. Żartuję, nic mi się nie śniło, ale Trójmiastu mówimy zdecydowane „tak”.

Gdańsk

Gdańsk