Gdzie zjeść na Mordorze
Co do zasady, odpowiedź na zadane w tytule pytanie jest dość prosta – w firmowej kuchni – sałatkę, makaron, albo co tam innego mamusia łamane przez narzeczony zapakowali do lanczboksa. Nie żeby w biurowcach Służewca Przemysłowego brakowało miejsc, gdzie można coś zjeść.

Problemem jest to, że w większości przypadków jest to albo niejadalne, albo trujące, albo jedno i drugie jednocześnie. Nie przesadzam z tym truciem – every fuckin time, kiedy zdecyduję się na którąkolwiek z pobliskich stołówek (no restauracją bym tego nie nazwała), załatwia mi żołądek na co najmniej parę godzin (w bonusie – brzuch wydęty do wielkości dobrze odżywionego piątego miesiąca ciąży). A mam licznych świadków na to, że mój przewód pokarmowy jest z azbestu i przeżył wiele, od szaszłyka z węża w Phnom Penh, przez zupę ze świeżej krwi kaczki w północnym Laosie, po ruskie pierogi w barze Florian przy drodze krajowej numer sześćdziesiąt. Mam na to taką teorię, że otóż w biurowcach nie ma doprowadzonego gazu, w związku z czym większość stołówek gotuje na prądzie. Co na skalę kilkuset obiadków dziennie nie jest zbyt ekonomiczne, a excel musi się zgadzać, w związku z czym do obiadków są sypane przyspieszacze, których mój żołądek bardzo nie lubi. Jeżeli ktoś ma inną – chętnie się zapoznam. Dlaczego wszystko jest mdłe, bez smaku i z kukurydzą z puszki, tego nie wiem. Mordorowe perełki, które z czystym sumieniem polecam, mogę policzyć na palcach jednej ręki (i nie będzie to żadna przesada). Wszystkie z kuchnią bliższego lub dalszego wschodu, suprise suprise.

Gdzie zjeść na Mordorze: Hanoi Street

Jakieś dwa lata temu ktoś mądry wymyślił, żeby garaże na samym początku Postępu nieco pozamiatać i urządzić w nich strefę gastro. Okazało się, że lokalizacja w miejscu gdzie wrony zawracają, mało komu przeszkadza, gastrostrefa rozrosła się i ma się dość dobrze. Mam na piechotę tyle samo, co do foodcourtu w Galmoku, a oferta jakby ciekawsza (swoją drogą, ciekawe czy zarządzający galeriami handlowymi w końcu dostrzegą, że można to robić inaczej. Na przykład tak jak w Singapurze). W garażach na Postępu znajdziecie szkołę gotowania Skład Bananów (do tego akurat nie namawiam w przerwie na lunch), gruzińskie chinkali, pizzę neapolitańską w Tutti Colori, wegańską Fotosyntezę, japońskie Hotto Doggu oraz jedno z moich ulubionych wietnamskich – Hanoi street. To nie jest żaden fancy wietnamczyk, przypominam, znajdujemy się w garażach (w zimie ciężko dotrzeć bez upaćkania obuwia błotem), ale karmią naprawdę zacnie. Przychodzę tu na bun – moje ulubione nudle, lekki, cienki makaron ryżowy z dodatkami z woka i ziołami (dostępny w wersji mięsko i niemięsko). Jak ktoś ma potrzebę tradycyjnego pho, albo tajskiego padthaia, też się znajdą. Postępu 5 działa także w weekendy, i uwaga, to nie jest wcale tak, że w niedzielę jest pusto. Cały Mordor wygląda jak krajobraz z Fallouta, a tu czasem nawet trzeba poczekać na stolik. Skoro są ludzie, którzy z własnej nieprzymuszonej woli przyjeżdżają na Służewiec Przemysłowy w niedzielę, to naprawdę bardzo dobrze świadczy o jakości gastro na Postępu 5. Jeżeli już jesteśmy przy wietnamskim, to przypomnę, że moje ulubione mieści się na Saskiej Kępie, o tu.

Hanoi street - gdzie zjeść na Mordorze

Hanoi Street - gdzie zjeść na Mordorze

Hanoi Street, Postępu 5

Gdzie zjeść na Mordorze: Vish

Izraelski Vish to dość nowe miejsce, otworzyło się w tym roku na Marynarskiej, ale już zdążyli wygrać w konkursie na najlepszy warszawski hummus. Vish serwuje bliskowschodnie lunche (hummus, falafele, pyszka kiszonki, sałatki, w sezonie czasem jakiś chłodniczek) tylko w wersji wegetariańskiej, dlatego mocno trzymam kciuki, żeby im się dobrze wiodło i żyli długo i szczęśliwie, a nawet się rozwijali i otwierali kolejne lokale. Do każdego dania dostajemy starter – porcję kiszonek, czipsy z pity i bardzo fajne sosy do pomaczania tychże. Moje ulubione główne to Vishbutz – talerzyk hummusu z falafelem i sałatką (w zestawie pita), po którym jestem nafutrowana białka i nic nie muszę do wieczora. Ostatnio wprowadzili też seitana (w karcie widnieje jako wegańska Shawarma), podawany jest z grzybami i hummusem – jeszcze nie próbowałam, ale zamierzam. Bardzo kibicuję.

Vish Marynarska

Vish Marynarska

Vish, Marynarska 21

Gdzie zjeść na Mordorze: Banhmi Nam

Poszłam, bo internet poleca, a nie może być tak, że internet poleca jakieś jedzenie, które mam pod nosem, a ja go nie spróbuję. Banhmi Nam to nieduże miejsce na rogu Wynalazku i Cybernetyki, podające wietnamskie kanapki Banhmi. Właścicielka jest uroczą kobietą, było pusto, więc pogadała, dała mi spróbować wegańskiego pate na łyżeczce i zrobiła mi bardzo dobrą bagietkę z warzywami, tymże pate i omletem. Większość opcji jest jednak zdecydowanie mięsna, więc niewegetarianie mogą śmiało (a nawet śmielej, niż wege). Mam jedno zastrzeżenie – kiedy muszę za kanapkę zapłacić dwadzieścia dwa złote, to robię się trochę smutna. Z drugiej strony, rozumiem, że dobry składnik jednak kosztuje, a na czymś trzeba zarabiać, i w sumie czemu nie na ludziach w garniturach. Jak będę miała znowu ochotę na chrupiący gluten, dużo kolendry, to na pewno wrócę.

Bahnmi Nam - gdzie zjeść na Mordorze

Bahnmi Nam - gdzie zjęść na Mordorze

Banhmi Nam, Wynalazek 2

Gdzie zjeść na Mordorze: Bombaj Masala Mokotów

Jak sama nazwa wskazuje, indyjskie. Lubię tę kuchnię nie tylko za smak i różnorodność, ale też fakt, że do tej samej knajpy mogą iść mięso i roślinożerca i obydwoje wyjdą zadowoleni (o ile lubią dużo kuminu i ostre). Bombaj Masala na Marynarskiej to jedna z trzech knajp tej mini sieci. Innych nie testowałam, ale w tej jestem kilka razy w roku, przeważnie na lunchu (tak mawiamy w Warszawie na obiad). Jak wiele restauracji z różnych półek, Masala ma specjalną ofertę w godzinach 12-15, codziennie inną, w wersjach wegetariańskiej i mięsnej. Z karty nikt wam w tych godzinach nie zabroni zamówić, ale opcja lunchowa na pewno zostanie podana szybciej.

Bombaj Masala Marynarska

Bombaj Masala Marynarska

Bombaj Masala, Marynarska 21

Gdzie zjeść na Mordorze: Izumi Japanese Grill & Street Food, Galeria Mokotów

Galeria Mokotów na drugim piętrze ma spory food court, ale na fast foody nie będę nikogo wysyłać, bo nie chcemy, żeby NFZ był w gorszej kondycji niż jest przez nasze choroby układu krążenia. Sushi się chyba Polakom trochę przejadło i w miejsce ryby z ryżem weszły kluski w japońskim rosole (love), ale  ja czasem lubię. Ostatnio naszło mnie w jakieś święta, kiedy nie mogłam już patrzeć na sałatkę warzywną z majonezem, wsiadłam więc w auto i pojechałam do Galmoku. Nie było to najlepsze suszi, jakie jadłam w życiu, ale wszystko jest z nim w porządku. Oprócz surowej ryby z ryżem, w lunchowej karcie jest jeszcze kilka propozycji poszukujących odmiany od wodorostów. Ramenu w menu nie widziałam, ale może pojawia się jako dnia, kto wie, codziennie tam nie bywam, bo w galeriach handlowych po dwudziestu minutach zaczyna mnie coś boleć w egzystencję. Wracając do Izumi – wszystko fajnie, ale chyba nikt, łącznie z moim prezesem, nie będzie wydawał na lunch codziennie kilkudziesięciu złotych (najtańszy zestaw lunchowy w Izumi to 35 PLN, a nie da się ciągle jeść tofu z ryżem. No chyba, że senior programiści, którzy mieszkają z mamą.) Niemniej na okazjonalną piątkową rybkę polecam.

Izumi shushi Galeria Mokotów

Izumi, Galeria Mokotów, Wołoska 12