zdjecie na instagram
W ostatnim sezonie Black Mirror był taki odcinek z Andrew Scottem (pan zły z Sherlocka, między innymi). Spoiler alert, w Black Mirror Andrzejek gra typa, który spowodował wypadek samochodowy, ze skutkiem śmiertelnym dla swojej własnej narzeczonej.

Wypadku by nie było, gdyby na telefon Andrzejka nie przyszedł push-up z jakiejś społecznościówki (nie jest powiedziane, jakiej, ale enturaż mówi nam, że to raczej fb, niż instagram), a Andrzejek nie poczuł silnej i wymagającej natychmiastowego zaspokojenia potrzeby, żeby w to powiadomienie kliknąć. Kto z nas nie, niech pierwszy rzuci kamieniem (ok, kto z nas z czynnym prawem jazdy). Odcinek skupia się na tym, skąd się bierze (stąd co i każdy inny nałóg) i jak silna (jak dowolny nałóg) jest ta zautomatyzowana potrzeba ciągłego przesuwania palcem po dotykowym ekranie. Ja, jako osoba podatna na nałogi, kiedyś realizowałam go na forum kafeterii (biernie, nie czynnie, spokojnie), teraz służy mi do tego instagram.

Problemy pierwszego świata

Z jednej strony, problem smyrania palcem ekranu dotykowego i konsekwencji może być dla wielu problemem bardzo pierwszego świata. Głównie tego świata, który może sobie pozwolić na wydanie kilkuset dolarów wzwyż na telefon (btw, idę o zakład, że jeszcze dziesięć – piętnaście lat i słowo „telefon” stanie się równie archaiczne, jak „wideo” czy „magnetofon”), na dodatek z naciskiem na millenialsów i generation X. Wiele razy słyszałam, że w prawdziwym świecie nie ma smartfonów, aplikacji, netfliksów, blockchainów, bitcoinów, less waste i diety pudełkowej. Prawdziwy świat to ojciec Mateusz, zupa pomidorowa i makatka nad łóżkiem.

Z drugiej strony, Instagram ma obecnie coś koło miliarda kont, z czego połowę aktywnych codziennie. To jest jedna szesnasta ludzkości, włączając Inuitów i mieszkańców amazońskich lasów deszczowych. Większość (70%) to ludzie do trzydziestki piątki, spędzający na instagramie godzinę dziennie. Dolary przeciwko orzechom, że to więcej, niż średnia quality time spędzonego z rodziną czy znajomymi dla tej grupy wiekowej. No więc kaman, jaki ojciec Mateusz, jaka zupa pomidorowa, dis shit iz real.

Top ten most instagrammable

Im więcej skroluję instagram, tym częściej się łapię na tym, że przestaję rozróżniać, czy na pewno chcę jakieś miejsce odwiedzić, bo ufam czyimś poleceniom, czy może uległam instagramowemu hajpowi i uwierzyłam w dobry marketing. Miejsca, knajpy, baru, kawiarni, punktu widokowego, czegokolwiek. Jeżeli pozostaniemy przy hajpowaniu modnych miejsc w dużych miastach, nie widzę w tym nic złego (no cóż, najwyżej przepłacę za rozwodnionego drinka i postoję wkurwiona w długiej kolejce do baru). Natomiast widzę wiele złego w „Instaprzewodnikach”, listach typu Dziesięć Najbardziej Instagramowych Miejsc w Dowolnym Mieście Na Świecie i tym podobnym. Pal sześć, że przez to oglądam w kółko te same kadry spod Taj Mahal, Muru Chińskiego, kolorowych kamienic na Notting Hill, czy huśtawek na Bali (plus sukienka w kontrastującym kolorze, wysokie obcasy i laska z rozwianym włosem na tle, od tyłu). To, że coś wydaje mi się wtórne, sztuczne i pozbawione sensu (like – jechanie do Indii tylko po to, żeby zrobić sobie kolejne „inspirujące” zdjęcie na tle starożytnego grobowca, wtf świecie), to tylko mój problem. Mogę wyłączyć, nie obserwować i w ogóle wywalić aplikację w cholerę.

Natomiast mieszkańcy Notting Hill mogą sobie wywalać aplikację do upojenia, co nie powstrzyma ludzi rozkładających na ich własnych prywatnych schodach walizki, lampy i namioty-przebieralnie do sesji zdjęciowych (w ogóle sesja zdjęciowa na instagram, boszwidzisziniegrzmisz). Wspólnoty mieszkaniowe z tej turbofotogenicznej  dzielnicy już parę razy wystosowały apel do instagramowych gwiazd („hej, kaman, przebieracie się na moich schodach, widzę wasz tyłek i słyszę przez ścianę wasze rozmowy”), ale bez skutku. Z kolei Balijczycy, którzy jeszcze kilka lat temu uprawiali ryż, teraz (w dużej części) utrzymują pola po to, żeby je udostępniać turystom do sesji zdjęciowych i bujania się na huśtawkach. Parę tygodni temu czytałam też o właścicielach farmy słoneczników z Ontario, którzy otworzyli swoją posiadłość na kilka sesji zdjęciowych, które niestety zostały instagramowym viralem, co doprowadziło do istnej apokalipsy zombie z selfiestickami (ponad siedem tysięcy aut chętnych do zrobienia sobie foci na polu żółtych kwiatów, biedni farmerzy nie wiedzieli, gdzie uciekać). Albo drzewo nad jeziorem Wanaka w Nowej Zelandii, na które wspina się co drugi turysta, żeby zrobić sobie instagramworthy focię. Jak łatwo przypuszczać, albo odgrodzą drzewko drutem kolczastym, albo długo nie pożyje.

instagramowe podróże

Wspominałam już kiedyś o takim koncie @insta.repeat, pokazującym, jak do znudzenia powtarzalne są instagramowe kadry z żółtymi kurtkami na tle zamglonych drzew i śniadaniami pływającymi w infinity poolach. I o ile rozumiem, dlaczego takie zdjęcia są popularne wśród odbiorców (z tego samego powodu, dla którego lubimy piosenki, które dobrze znamy, Gotye&Kimbra never forget), to nie do końca rozumiem, jaka potrzeba stoi za jeżdżeniem tam, gdzie inni, robieniem takich samych min, póz, identycznych zdjęć i deptaniem po tych samych ścieżkach. I chyba nie chcę zrozumieć. Chociaż – ja na tym niezrozumieniu mało cierpię, mieszkańcy zadeptywanych ścieżek owszem.

instagramowe podóże

 Iluzja doskonałości

Kiedy byłam wczesną nastolatką (jakoś jedenasto-dwunastoletnią), czasopisma kobiece (Twój Styl, Elle, Marie Claire i inne takie) przeżywały renesans. To z nich dowiedziałam się, jak powinnam wyglądać (szczuplej), jak się powinnam ubierać (drożej) i jak zachowywać (odważniej, to akurat mniej dyskusyjne). Teraz mało kto kupuje papierowe wydania, tworzone jednak, bądź co bądź, na jakimś poziomie i z poszanowaniem dla rozumu i godności człowieka. Mamy za to niczym nieograniczony ocean ludzi, pokazujących na zdjęciach i instastories jak należy wyglądać, w co się ubierać, czym umalować, czym zmyć makijaż, jaką mieć torebkę, usta, tyłek, fryzurę, chłopaka i jakie życie.

Nawet moje (dość ustabilizowane, bo trzydziestoparoletnie) poczucie własnej wartości cierpi, kiedy patrzy (średnio godzinę dziennie, przypominam) na duże dawki pięknych mieszkań (nie moich), idealnych figur w turbokieckach (tu wchodzimy jeszcze w trzeci świat, który najpierw hoduje bawełnę, potem szyje, a na koniec składuje śmiecie powstałe z kreowanego na insta popytu na fast fashion), a już zwłaszcza na pięciogwiazdkowe hotele, w których chętnie jadłabym co dzień śniadanko z widokiem popijając proseczkiem. Ale przeważnie mnie nie stać, bo mam kredyt hipoteczny denominowany.

To jest dość cienka granica, pomiędzy inspiracją, a frustracją wynikającą z oczywistego faktu, że życie jednak nie jest pasmem długich śniadań nad basenem, w nigdy niepsującym się makijażu. Albo wiecznym vanlifem z kubkiem gorącej czekolady wypitym o wschodzie słońca, nad lazurowo niebieskim jeziorem gdzieś na pustkowiach Alberty (zależy kto co ma w obserwowanych). Myślę, że to frustracja nie do uniknięcia, kiedy poświęcamy dziennie godzinę (najmarniej) na oglądaniu świata pięknych, uśmiechniętych, energicznych ludzi, osiągających same sukcesy i żyjących idealnym życiem. Nawet, kiedy zdajemy sobie sprawę z oczywistego faktu, że to tylko czyjaś życzeniowa kreacja.

instagramowe podróże

Przyjaźń z botem

Instagram każe nam się wszystkim lubić i być dla siebie miłym. Im bardziej jesteśmy dla siebie mili i wyrażamy to werbalnie na innych kontach (najlepiej rozbudowanymi wypowiedziami i zdaniami wielokrotnie złożonymi), tym bardziej algorytm nas nagradza większym ruchem pod naszymi własnymi postami. Większy ruch to więcej lajków, więcej lajków to więcej dopaminy (no tak to działa, mam od ręki co najmniej dwie niezłe teorie psychologiczne tłumaczące ten mechanizm), a więcej dopaminy (zwłaszcza w nieregularnych odstępach czasu) to większe i silniejsze uzależnienie. Czyli dłuższy średni czas skrolowania, co się łączy z coraz większą wartością rynkową firmy z San Francisco. Więcej, ludzie już od dłuższego czasu są skłonni zapłacić za boty, czyli programy, które udają sympatycznych za nich, pisząc miłe rzeczy na profilach innych, tak, żeby ci odwdzięczali się tym samym. Większy ruch, więcej lajków, więcej dopaminy – tak btw, ciekawe kiedy dojdziemy do wyprodukowania sztucznej inteligencji, która będzie potrafiła nie tylko pisać komentarze pozytywnie nacechowane emocjonalnie, ale i stworzyć jej wewnętrzny ośrodek nagrody, dzięki któremu będzie potrafiła je pisać uberskutecznie, żeby tę nagrodę zdobyć. Myślę, że w momencie, w którym zobaczę dwie sztuczne inteligencje, mówiące sobie miłe rzeczy dla lajków i odczuwające z tego przyjemność, wszystko wybuchnie i nastąpi koniec świata as we know it.

To tylko parę przykładów, ale to nie są jakieś turbo drastyczne wyjątki, to jest realny impakt, jaki ta aplikacja ma na sposób, w jaki ludzie podróżują, ubierają się, gdzie i co jedzą, jak żyją. Pół biedy, kiedy to się dzieje z wyboru, lub z głupoty (och, well), gorzej – kiedy zdecydowanie wbrew swojej woli. To nie jest tak, że ja nie mam tej aplikacji, przeciwnie, mam i spędzam dziennie na klikaniu mniej więcej tyle samo czasu, co pozostałe pół miliarda użytkowników. Lubię sobie popatrzeć na ładne zdjęcia, używam jej też do planowania podróży i znajdowania fajnych knajp. Po prostu czasem mnie przeraża.