madryt na weekend - park Retiro
Trochę to już nudne, ale kolejny post zaczynam od disclaimera, że to broń bosz nie nie jest żaden przewodnik. Sama patrzę z lekkim pobłażaniem na te wszystkie „dziesięć miejsc, które musisz odwiedzić w Warszawie”, które powstają po długim weekendzie w stolicy, czy inne 48 hours in Rome po promocji Ryanaira.

Wyjątkiem było 36 godzin w Warszawie by New York Times z dwa tysiące trzynastego, które nawet się bardzo nie zdezaktualizowało. Parę nowych miejscówek i owszem można by dodać lub ująć, ale generalnie NYT wie, gdzie w trawie piszczy – już sześć lat temu lansował upijanie się w Planie B oraz śniadania w Charlotte. Teraz by pewnie poszli bardziej w green eco lgbt friendly, czego bynajmniej nie hejtuję, przeciwnie. Hejtuję natomiast nadużywanie słów „przewodnik” i „must see”, bo to trochę jakbym się zabrała za pisanie książki o wychodzeniu z depresji po tygodniowym epizodzie obniżonego nastroju. Albo nie wiem, zabrała się za otwieranie francuskiej piekarni pod domem, bo zjadłam raz bułkę w Paryżu i była dobra. Jakoś nie jestem fanką takich pomysłów.

No więc byłam w Madrycie i mi się podobało, chociaż nie pamiętam dużo, bo albo spałam, albo byłam na wermutowym rauszu. Wermut to nie jest madrycki wynalazek, ale lubią go tu szczególnie, mają swoje sekretne receptury, i w ogóle jak zamawiacie wermut, to rośniecie w oczach barmana, z zagubionego turysty do turysty wtajemniczonego. Albo kto wie, może nawet studenta na Erasmusie. Ja pierwszego wieczoru byłam turystką zagubioną, bo w Andaluzji, którą znam nieco lepiej, może i wermut mają, ale się z tym nie obnoszą. Także nie urosłam w oczach żadnego barmana, bo zamawiałam Estrellę (straszne siki, nie polecam), ale już drugiego zaczęłam zwracać uwagę na promkowe tablice przed barami. A tam wszędzie WERMUT PROMOCION, kup jeden, drugi gratis, secreto recepturo, como se llama bonita, mi casa su casa. Chociaż z tym popisywaniem się znajomością hiszpańskiego to akurat radzę uważać, przyjaciółka ma Izabel mieszkając w Madrycie poszła raz na randkę (to znaczy nie raz, ale anegdotka jest o tym konkretnym razie) i chcąc pokazać swoje postępy w nauce, chcąc zamówić główne w knajpie oznajmiła kelnerowi, że otóż ona to para segundo quiero polla. Pollo to kurczak, polla to kogut, czyli potoczne określenie penisa. Śmiechom i żartom nie było końca.

madryt pchli targ

Ale wracając do wermutu, jak już spróbowałam, to tak już przy wermucie pozostałam, i cały ten mój pobyt w Madrycie to była jedna wielka wermutowa bania. Nie wiem, czy należy brać ze mnie przykład, bo trzeba pamiętać, że tu przez pół roku świeci ostra lampa, co w połączeniu z bądź co bądź nielekkim alkoholem może wywołać osłabienie. Także pod ten wermucik woda, dużo wody. Natomiast z plusów zwiedzania przez drinkowanie – ci, którzy w Hiszpanii bywają mało, albo ograniczają się do wycieczkowych hoteli, mogą nie wiedzieć, że w hiszpańskich barach na południe od Madrytu (włącznie) obowiązuje cudowna tradycja tapasków. Rzecz dotyczy raczej zwykłych barów dla przeciętnego zjadacza oliwek, bo w tych bardziej fensi lub turystycznych miejscówkach bywało, że nie dawali nawet wyschniętego jamona. Ale generalnie, zamówienie drineczka (wermutu, kieliszka wina, sikowatej Estrelli) wiąże się z otrzymaniem gratisowej przekąski (tzn. tapasa): a to kanapeczki z serrano, a to serka owczego (kilka kawałków), a to solidnej porcji oliwek, albo nawet salata russa z bułeczką. Salata russa to gotowane warzywa w majonezie, cały świat to tak nazywa, tylko my się upieramy, że to sałatka warzywna. Tu konkretniejszy przewodnik madryckiego insidera po miejscówkach, gdzie na pewno dostaniecie darmowego tapaska.

Madryt na weekend - Gran via

No ale do pieca, trochę konkretniejszych informacji, gdzie spacerowałam, pollo jadłam i wermut piłam. To znaczy pollo nie, bo na kurczaka mam dużą fujkę, ale już jamona iberico uszczknęłam, bo taka aż znowu nie jestem kategoryczna w swoim wegetarianizmie, żeby nie uszczknąć.

Madryt na weekend – gdzie się powłóczyć

Dwa dni to bardzo mało, ale na pewno warto zajrzeć do parku Retiro (wstęp wolny) i Palacio de Cristal w tymże. Do pobliskiego ogrodu botanicznego nie weszłam, bo była kolejka i szkoda mi było czasu, do Prado też nie weszłam i trochę żałuję, ale na te wszystkie Goye, Velasquezy i infantki hiszpańskie trzeba przeznaczyć co najmniej cały dzień. Na zwiedzanie moim trybem (popijanie i gapienie się na madryckich ludzi) bardzo nadała się dzielnica La Latina (bar na barze, jedna z najstarszych dzielnic miasta), oraz Chueca (jak widać, można być krajem katolickim i mieć w stolicy otwarcie gejowską dzielnię ze stacją metra całą w kolorach tęczy). Warto też się wybrać na stację kolejową Atocha – wygląda jak ogród botaniczny, z tym że nie trzeba płacić za wstęp i czekać w kolejce.

Madryt Atocha

Madryt Retiro Palacio Cristal

Madryt na weekend – gdzie na drineczka i tapasek
Gran Clavel

Wermuteria, wine bar, tapaski i restauracja w jednym. Restauracja jest typu białe obrusy, ale bar i wermuteria bardzo przyjemne i wcale nie sztywne. Od ósmej w wermuterii śniadanka, co nie jest powszechne, bo o ósmej Madryt śpi, a nie je. Natomiast część winebarowa ma bardzo ładny, miętowo-różowy wystrój.

Gran Clavel, Calle Gran Vía, 11 (hotel Iberostar)

Cava baja 17

Część restauracyjna i część barowa. W tej barowej oprócz tapasków dostaniemy też północnohiszpańskie pinczosy (pinchos lub pintxos w języku Basków) – przekąskowe kanapeczki z dużą ilością dodatków, przypiętych do bułeczki wykałaczką, bardzo smaczne.

Cava Baja 17, Calle de la Cava Baja

Cava baja 5 la playa

Jeden z wielu barów przy Cava baja, specjalizujących się w wermucie. Barman ma swoją recepturę i doprawia pikantnym syropem – za pierwszym razem wzięłam wersję hot i prawie mi twarz spłonęła, więc polecam jednak poprosić o mild. Atmosfera swojsko-sąsiedzka, mój ulubiony ze wszystkich madryckich barów, które odwiedziłam (a jak już wcześniej wspomniałam, nie oszczędzałam się).

Cava baja 5 la playa, Calle de la Cava Baja

Vacaciones Coctail bar

Bardziej trendy-instagramowy, niż klimatyczno-lokalny, ale można na jednego, jeżeli mamy po drodze, bo bardzo ła. Ceny drinków średnie warszawskie (7 euro), mają też przyjemne bowle obiadowe za 11,50 eur. No i można spotkać jakąś hiszpańską influencerkę, więc nie w kij dmuchał.

Vacaciones Coctail bar, Calle del Espritu Santo 15

Madryt mercado san miquel

madryt tapas

Madryt na weekend - Muzeum Szynki
Madryt na weekend – gdzie na kawę i śniadanie
Museo del Jamón

Po naszemu muzeum szynki. Oczywiście szynki się nie zwiedza, tylko ją je. Przy pierwszej śniadaniowej wizycie chciałam być grzeczna i poprzestać na toście z salsą pomidorową, ale towarzysz miał jamona i trochę uszczknęłam. A skoro uszczknęłam trochę, to następnym razem wzięłam i zamówiłam legitną porcję dla siebie, bo o ile jamon z polskiego lidla mnie nie podnieca, to już jamon z muzeum jamona i owszem. No i otwarte od ósmej, jeszcze raz podkreślam, o tej porze cały Madryt śpi, więc dla ludzi głodnych od szóstej może być to info na wagę złota.

Museo del Jamon, Plaza Mayor, 18 (kilka lokalizacji)

Hola Coffee

Prawie wszystko w Hiszpanii kocham bardziej niż we Włoszech, ale jednak w kawę to Włosi potrafią nieporównanie lepiej. Hola serwuje różne czary-mary speciality (jak poprosicie to może nawet niekwaśne), oraz fotogeniczne śniadanka (nie jadłam, ale wyglądały zacnie).

Hola Cofee, Calle del Dr. Fourquet, 33

Faraday

Sklep z winylami połączony z kawiarnią, wszelkie szykany (od aeropressu, przez espresso tonic, po orzeźwiające nitro) obecne.

Faraday, Calle de San Lucas 9

Madryt muzum szynki

Madryt na weekend – gdzie zjeść?

Nie to, żebym miała jakieś doświadczenie w tym zakresie, bo jak już zostało powyżej wspomniane, żywiłam się wermutem i gratisową sałatką ruską. Niemniej, pomimo trzydziestu stopni w cieniu, widmo głodu czasem patrzyło mi w oczy, i wtedy na pomoc przychodziły madryckie mercada.

Mercado San Miquel

Miejsce turboturystyczne, zatłoczone, drogawe i podeptał mnie tam obcy typ. Ale jednak polecam, bo jedzenia bardzo zacne, ładne i smaczne. Koncepcja mercado generalnie polega na tym, że mamy halę, mniej lub bardziej historyczną, i tę halę wypełniamy stoiskami z rzeczami – dokładnie tak, jak na naszym targu, tylko pod dachem. Z czasem oprócz pań z marchewką i panów z rybami na mercado weszły też stoiska z kanapeczkami, wermutem, tapaskami, winem i każdą inną rzeczą, która jego jest. Natomiast San Miquel ma to do siebie, że pań z marchewką jest jak na lekarstwo, a ostryg i cavy raczej nadreprezentacja. Jeszcze raz powtarzam – nie szkodzi, warto odwiedzić, ale ja bym celowała w godziny poranne, kiedy wycieczki śpią albo zwiedzają Prado, ostrygi najświeższe, a cava najbardziej gazowana.

Mercado San Miquel, Plaza de San Miguel, 5

Mercado de San Anton

Dawne centrum handlowe, przerobione na coś jakby foodcourt, tylko że fajny. Jedną porcją patatas bravas najadły się dwie dorosłe osoby (z tym że jedna z tych dwóch dorosłych osób doprawiła licznymi tapaskami z sardynką i ośmiorniczką i polała sangrią).

Mercado de San Antón, Calle de Augusto Figueroa 24

madryt san gines

 

Madryt na weekend – gdzie spać

Madryt nie zakazał jeszcze airbnb (chociaż ograniczył – też sądzę, że to powinno być regulowane) i na rynku jest wiele świetnych mieszkań. To, które znalazłam, polecam z czystym sumieniem: ogromny apartament z kilkoma pokojami, wspólnym salonem, kuchnią i jadalnią, bardzo przestrzenny i fajnie urządzony. Oprócz nas w mieszkaniu były jakieś dwie laski, ale były totalnie nieinwazyjne i widziałam je raz, kiedy zamówiły sobie uber eatsa z mcdonalda. Tu link do wszystkich mieszkań tych właścicieli, bo każde fajne.