Słowenia Bled jezioro

W Słowenii byłam na majówce rok temu, ale mało brakowało, a spędziłabym ją leżąc na płask na podłodze, szlag mi bowiem trafił plecy. Złe mnie podkusiło, albo ryżu zabrakło, nie pamiętam, w każdym razie noga mi się omskła z krawężnika na parkingu pod Biedrą i następnego dnia obudziłam się na wpół martwa.

Ledwo dowlokłam się do Caroliny, gdzie ortopeda wyjątkowej urody (nie, nie ten od Rosati) podał mi pochodną morfiny (mam nadal zapasik w torebce, legalny) i dawkę promieniowania, po czym zalecił kilka tygodni powstrzymywać się od pracy zarobkowej. Tak się składało, że nie mogłam powstrzymywać się od pracy zarobkowej nawet przez jeden dzień, więc część obowiązków służbowych wykonywałam leżąc na podłodze salki konferencyjnej i wykonując telefony. Oraz różne zestawy jogi na kręgosłup lędźwiowy z jutuba. Wydarzenia miały miejsce na koniec marca, już pod koniec kwietnia, po dawce leków o działaniu narkotycznym, fizjoterapii manualnej i wbijaniu igieł w różne mięśnie, byłam w stanie poruszać się bez wydawania jęków.

Dzielę się tym ubogacającym doświadczeniem z jednego powodu: jeżeli lubicie podróżować, dbajcie o swoje zdrowie, w szczególności mięśnie core’u. Jeżeli to sobie olejecie, organizm po pewnym czasie może pokazać wam fakju, i zamiast płacić za rafting lazurowymi górskimi rzekami, dorzucicie się ortopedzie do nowego porsche (zanim dostanę komentarz o powielaniu szkodliwych stereotypów, zapraszam do garażu Carolina Medical Center). No ale do rzeczy, bo majówka się odbyła, i chociaż zrezygnowałam z modelu turbo aktywnego na rzecz gastroturystyki i niespiesznych spacerów wzdłuż zbiorników wodnych, to Słowenia jest pięknym i mega różnorodnym krajem, do którego na pewno wrócę skorzystać w pełni (dziękuję, plecy już dobrze). Na dodatek jest nie bardzo daleko i ma owoce morza prosto z morza, idealnie na tygodniowy wypadzik.

Majówka na Słowenii – co zobaczyć

Słowenia to zdecydowanie kraj dla ludzi chodzących po górach. Ja z racji kontuzji ograniczyłam się do metody na amerykańskiego turystę – spacerowe szlaki do dziesięciu kilometrów, nie bardzo pod górkę (zupełnie po płaskim się nie da). Bardzo dobra metoda dla nielubiących się męczyć, a lubiących jak jest ładnie, a także na wyjazdy z dziećmi (mamo, daleko jeszcze?). Ja się lubię męczyć, ale tym razem nie było mi dane.

Majówka na Słowenii Soca

Bohinj i okolice

Bohinj to małe miasteczko nad jeziorem, akurat na jeden-dwa dni pobytu. Można dłużej, też nikt się nie będzie nudził. W terminie majówkowym było tam zdecydowanie mniej tłoczno, niż rok wcześniej na Helu, więc nie narzekałam, wręcz cieszyłam się, że do żadnej knajpy nie trzeba stać w kolejce. W Bohinj można spacerować wzdłuż jeziora (ładne, obejście całego zajmuje jakieś półtorej godziny tempem niespiesznym), pić lokalny cydr (kontuzjowanym też wolno), wjechać kolejką na Vogel (stąd odjeżdża, ładne widoki), a także zrobić któryś z okolicznych szlaków o różnym stopniu trudności. Jeżeli chcemy wysoki stopień trudności, da się nawet na flagowy szczyt Słowenii, Triglav, ale do tego trzeba nie być kontuzjowanym, trafić z pogodą, oraz spędzić w górach co najmniej dwa dni (są schroniska).

Majówka na Słowenii Bohinj

Ja wybrałam szlak rodzinno-emerycki – wąwóz rzeki Mostnicy i dolinę Voje, mało męczący i raczej płaski. Zaczyna się z parkingu tu, wszystko jest ładnie narysowane na mapce, następnie oznaczone, całość to kilkanaście kilometrów, czyli trzy-cztery godzinki nie bardzo się spiesząc. Tradycyjnie zalecam wstać skoro świt i być tam przed wszystkimi, wtedy oprócz pustego parkingu, pustego szlaku i świeżego strudla z jabłkami w schronisku po drodze, będziemy mieć całą tę ładność tylko dla siebie, oraz mamy szansę spotkać salamandry plamiste. Ja spotkałam i się podjarałam, potem salamandry się chowają, widocznie nie lubią ludzi (rozumiem).

Bohinj Dolina Vaje

Słowenia wodospady

Jezioro Bled i okolice

Cesarstwo austro-węgierskie nie wszystek umarło, kawałek przetrwał w Alpach Julijskich. Jeżeli jacyś Habsburgowie przetrwali chów wsobny do dwa tysiące dziewiętnastego, z dużym prawdopodobieństwem można ich spotkać na uliczkach Bledu. Miasto również położone jest nad jeziorem, z ikonicznym (okładka większości przewodników po Słowenii) kościołem na wyspie na jego środku. Klimat Bledu to trochę Szczawno Zdrój (bogu dzięki, nie zawitała tu stylistyka bratnich narodów socjalistycznych, poprzestano na kurortowej estetyce z czasów, kiedy jeździło się do wód), a trochę Montauk, NY (tesle na ulicach i chińskie instagramerki robiące sesje foto na brzegu jeziora. Jeżeli ktoś jest fanem punktów widokowych (ja trochę jestem), to w Bledzie są co najmniej dwa warte spaceru (najlepiej o świcie, ale nie wstałam i teraz żałuję): Ojstrica i Mala Osojnica. Pod to drugie podejście jest nieco bardziej strome, ale każdy dorosły o średniej kondycji powinien dać radę (jeżeli nie daje, to niech przemyśli swoje postępowanie i odbierze z haeru multisporta).

Słowenia Bled

Okolice Bledu dają mnóstwo opcji lubiącym spacerki z ładnymi widokami. Ja wybrałam wąwóz Vintgar, który okazał się być zamknięty na cztery spusty ze względu na renowację ścieżek i podestów (przed wizytą lepiej więc sprawdzić dostępność, oraz być tam wcześnie rano, przed wysypem autokarowych wycieczek), oraz oddalony od Bledu kilkanaście kilometrów wodospad Peričnik. Samych wodospadów jest tyle, że można mieć wątpliwość, czy aby na pewno warto wchodzić dwadzieścia minut pod strome i śliskie – no więc ja mówię, że warto. Wodospad widać z drogi, ale cały fun jest na górze, bez kontuzji pleców da radę wejść nawet w minut dziesięć.

Słowenia wodospady

Słowenia wdospady

Bovec i okolice – sporty tylko trochę ekstremalne

Bovec to również górski kurorcik, na mapie z pozoru blisko Bledu, ale droga zajmuje parę godzin (lub dwie, jeżeli nie jest się mną i nie wymusza zatrzymywania co pięć kilometrów na podziwianie widoków). Po drodze trzeba przejechać przełęcz Vršič, bardzo widokową trasą, która z racji niemożności podeptania wyżej położonych szlaków była dla mnie atrakcją samą w sobie. Sam Bovec nie jest jakąś turbo uroczą mieściną (taka Austria z włoską kawą), ale dla wszystkich fanów raftingu, kajaków i canyoningu jest położony idealnie: nad ultra turkusową rzeką Soczą. Serio, nigdy nie widziałam tak turkusowej wody w rzece. W Bovecu chciałam spróbować dwóch rzeczy: raftingu ( w opcji zorganizowanej, z krótkim przeszkoleniem i instruktorem na pontonie), oraz zipline’a – najdłuższej i najwyżej położonej tyrolki w Słowenii. Żadna z opcji finalnie nie doszła do skutku, bo nie odważyłam się podpisać oświadczenia o pełni sił psychofizycznych, wizja powrotu do Polski helikopterem medycznym jakoś mnie nie skusiła. Chodziłam za to po mostkach i zazdrośnie patrzyłam na kajakarzy z góry.

Majówka na Słowenii Bovec

Słowenia Soca

Słowenia Soca

Pojechaliśmy za to na wycieczkę do kolejnego wodospadu (w górskiej części Słowenii w promieniu dziesięciu kilometrów zawsze jest jakiś wodospad) – Slap Boka. Duży, ładny i chyba jakiś nasz bloger podróżniczy zalecił odwiedzenie, bo z nadreprezentacją rodaków. Blisko mieliśmy też do wąwozu Tolmin – raczej omijam zorganizowane szlaki z kasą, pomostami i wycieczkami zorganizowanymi (albo wybieram się tam wcześnie rano), ale ten jest naprawdę ładny.

Majówka na Słowenii Soca

Majówka na Słowenii Tolmin

Piran

Po drodze do Piranu można (a podobno nawet trzeba) zahaczyć też o dwie największe słoweńskie jaskinie – Szkocjańskie i Postojną. Ja trochę nie miałam siły, a trochę widziałam największą austriacką i to mi wystarczyło, więcej można przeczytać u Eli, która była i poleca. Spieszyło mi się też nad morze (cieplej oraz w ogóle).

Majówka na Słowenii Piran

Sam Piran jest uroczym poweneckim miasteczkiem, które można zejść w jeden dzień, ale można też pobyć trzy, posnuć się podglądając ludzi wieszających pranie, jeść ośmiornicę w oliwie z cytryną (ja) i pizzę (towarzysz), robić zdjęcia dobrze odżywionych mew, uciekać przed gradem, oraz pić wino z widokiem na Morze Śródziemne. Można też skoczyć na lody do Triestu lub kawę do Chorwacji, obydwie czynności wykonaliśmy, żeby odczekować się w mediach społecznościowych, oraz żebyście wy już nie musieli. Przyjemne w Piranie było też to, że samych Słoweńców nie wystarczyło, żeby zrobić tu tłum, Polacy mają dość daleko, więc pomimo majówki nie zdominowali głównego placyku, Włosi i Niemcy woleli Włochy i Niemcy, więc Piran pozostawał względnie niezatłoczony. Tak jak lubię.

Majówka na Słowenii Piran

Majówka na Słowenii Piran

Majówka na Słowenii Piran

Majówka w Słowenii – jak dojechać?

Najlepiej samochodem. Z Warszawy jechaliśmy trzynaście godzin, zamieniając się po drodze. Nie jest to super wygodne, ale chyba lepiej przemęczyć się na raz i mieć z głowy. Wyjechaliśmy rano, o 15 piłam już cydr nad jeziorem Bohinj. Alternatywnie można się zatrzymać na nocleg i śniadanie w Wiedniu.

Majówka w Słowenii – gdzie spać?

Polecić mogę dwie miejscówki, reszta nie zapadła mi jakoś specjalnie w pamięci.

Pierwsza to Garden House Bled, który znalazłam na bookingu, a do którego przekonał mnie wpis Łukasza Kędzierskiego. Sami siebie nazywają hostelem, ale jest to po prostu duży dom z pięknym ogrodem i przestrzeniami wspólnymi, hamakami, grillem, wielką kuchnią i salonem, z mega fajną, międzynarodową atmosferą.

Bled Garden House

Druga to Art Hotel Tartini w Piranie, w którym nie nocowałam, bo nie zarezerwowałam w momencie, kiedy trafiłam na fajną promocję, potem było drogo, a na koniec nie było już miejsc. Spaliśmy w tańszym i gorszym, jeżeli jeszcze raz trafię do Piranu, będę polować na Tartini.

wszystkie zdjęcia hotelu ze strony: arthoteltartini.com

Majówka w Słowenii – co jeść?

Jakimś sposobem przegapiłam drugi sezon Chef’s Table i nie miałam pojęcia, że właśnie mijam restaurację jednej z bohaterek, Any Ros, właścicielki i szefowej kuchni w Hisa Franko. Gdybym nie przegapiła, pewnie bym się zastanowiła nad lunchem tutaj, no ale przeszło koło nosa.

Natomiast Piran najlepiej opisała Magda w tym wpisie i nie mam zbyt wiele do dodania, z wyjątkiem dwóch miejscówek. Pierwsza to Fritolin Pri Cantini (uwaga, rok temu przyjmowali tylko gotówkę!) na uroczym placyku, z bezbłędnymi kalmarami nadziewanymi owczym serem (słoweńska specjalność, po której przywiozłam do Polski co najmniej dwa kilo siebie więcej). Druga natomiast jest, uwaga, pizzerią, w której jednakże nie zamówiłam pizzy (chociaż towarzysz twierdzi że prawilna, w stylu rzymskim, z cienkim i bardzo chrupkim spodem), lecz sałatkę z ośmiornicy. Sałatka z ośmiornicy składała się z ośmiornicy, oliwy, cytryny i szczypty pietruszki, ale skoro od roku nie mogę o niej zapomnieć, to znaczy, że było warto.

Majówka na Słowenii Piran