wyspa śmieci surfing

Oczywiście, że zadałam sobie kiedyś pytanie, do czego mi to potrzebne, tak ciągle wozić tyłek po świecie. Są ludzie, którym wystarczy wożenie tyłka do biura (na wakacje nad morzem, do teściowej na niedzielny rosół, do lidla bo jest tydzień grecki). Nie sądzę, żeby było w tym coś złego. Przeciwnie, czasem takim ludziom zazdroszczę, bo mi moje życie nie wystarcza.

Jeżeli się nad tym chwilę zastanowić, to nie jest wesoła refleksja. Jedynym sposobem na tę niewystarczalność, jaki do tej pory udało mi się wymyślić, jest jeżdżenie tam, gdzie nie ma mnie na co dzień, i podglądanie jak żyją inni. Czytanie o nich, włażenie w ich bramy, podwórka, patrzenie przez okna w ich mieszkania, jedzenie ich jedzenia. Podglądanie, jak się bawią, piją, palą, modlą się, kupują, jeżdżą autobusem albo stoją nieruchomo patrząc na ocean. Ten – mam wrażenie nieszkodliwy – vouyeryzm daje mi wrażenie, że mam jak kot, nie jedno, ale dziewięć żyć.

Im jestem starsza i mam więcej pieczątek w paszporcie, tym dalej mi do full moon parties, tanich hosteli i spoconego tyłka przyczepionego do siedzenia autobusu, a bliżej do łagodnego hedonizmu, sprowadzającego się do zapijania glutenu nie zawsze najtańszym winem. Co nie znaczy, że nie jestem częścią turystycznego przemysłu, i nie wpadam w jego pułapki, jak mucha w miód.

odpowiedzialne podróżowanie Indie

Odpowiedzialne podróżowanie – Banana pancake trail

Zaczęłam jeździć po świecie na chwilę przed instagramowym hajpem, ale za to w złotych czasach blogów podróżniczych i niebieskiej biblii wydawnictwa Lonely Planet. Chwilę mi to zajęło, ale dosyć szybko zorientowałam się, że w moim mniemaniu egzotyczne i turbooryginalne pomysły na trasę gdzieś tam po Indochinach są powielaniem tego, co zrobiło już tysiące przede mną, a zrobi kolejne tysiące ludzi po mnie. Jest nawet ładny termin na to dreptanie po śladach – banana pancake trail – od typowego śniadania podawanego w niskobudżetowych hostelach w Azji Południowo-Wschodniej. Oglądamy więc sobie na żywo to, co widzieliśmy na dziesiątkach zdjęć na piętnastu różnych blogach, odhaczamy miejsca zakreślone wcześniej na kartkach Samotnej Planety, żeby potem stwierdzić, że właściwie to nic nowego ponad to, co widzieliśmy wcześniej na ekranie laptopa.

Subiektywne poczucie wtórności czy rozczarowania (no ale jak to, w internetach piasek był bielszy, woda bardziej turkusowa, a bieda co najmniej malownicza) to na szczęście tylko kolejny problem pierwszego świata (lub jak ktoś woli, problem z dupy). Może się wydawać, że na tym temat się kończy, a nasze zadeptywanie Wenecji, Annapurna Circuit czy plaży Maya Bay w Tajlandii to wyłącznie problem niedogodności dla przyjezdnych (bo tłumy wchodzą w kadr), a przecież “miejscowi żyją z turystyki”. Nie wiem, czy trzeba do tego dużej empatii, ale gdybym przechodząc codziennie po bułki ulicami Wenecji musiała, tak jak jej nieliczni już mieszkańcy, przedzierać się przez stragany z chińską tandetą i lawirować pomiędzy selfiestickami, miałabym w dupie życie z turystyki. Równie serdeczne uczucia żywiłabym wobec przyjezdnych, chcąc kupić mieszkanie w Bairro Alto w Lizbonie i odbijając się od ściany, bo przez Airbnb ceny nieruchomości wyleciały nie tyle na księżyc, co dolatują już do Marsa. Btw, odbyłam ostatnio dyskusję ze zwolennikiem poglądu, że przeciwko Airbnb protestują nie mieszkańcy wkurwieni na psucie rynku nieruchomości, tylko hotelarze obrażeni na konkurencję cenową. Obyło się bez ofiar, ale mało brakowało.

Jeszcze większe kuku niż Lonely Planet, zrobił instagramowy hajp. Nie mam nic przeciwko ładnym zdjęciom, ani polecaniu fajnych miejsc (zwłaszcza jedzeniowych, nie ma nic gorszego, niż płacenie za niedobre jedzenie), ale powtarzalność kadrów w  „insta spotach” przybiera rozmiary karykaturalne (znacie taki profil @insta_repeat? Long story short, wszystko jest kopią, która jest kopią jakiejś kopii). Serio, nie wiem jaką wartość ma jechanie do Azji tylko po to, żeby zrobić sobie zdjątko w zwiewnej sukni pod Tadż Mahalem czy na innej balijskiej huśtawce (oprócz oczywistej, którą może być monetyzacja lajków pod tymże zdjęciem). I znowu, pół biedy, kiedy jedynym problemem jest tu podbijanie ego kolejnej skinny caucasian girl. Bardziej mnie interesuje, co będzie z panem, który jeszcze wczoraj żył sobie z tego, że zbiera sobie ryż, a dzisiaj ma w dupie zbieranie ryżu, bo skinny white girls stoją w kolejce, żeby zapłacić mu za możliwość zrobienia sobie zdjęcia na tle jego kawałka pola.

odpowiedzialne podróżowanie Santorini

odpowiedzialne podróżowanie Trevi Rzym

Odpowiedzialne podróżowanie Mona Lisa

Odpowiedzialne podróżowanie  – „o jaka tu piękna bieda”

            Nie zliczę, ile razy usłyszałam albo przeczytałam to zdanie: „oni tam są biedni, ale tacy szczęśliwi” (tak, właśnie z tego szczęścia płacą przemytnikom i płyną do zachodniej Europy). Wydaje mi się, że to dlatego, że dość łatwo jest pomylić człowieka uśmiechniętego z człowiekiem szczęśliwym (a ludzie w krajach trzeciego świata uśmiechają się dość często). Żeby zweryfikować swój europocentryczny idealizm, wystarczy, na przykład, trafić na chwilę do azjatyckiego szpitala. Nie w Singapurze czy Tokio, ale tak jak ja, w Trinkunamalaja we wschodniej Sri Lance. Mój chłopak miał w zeszłym roku tę przyjemność, że zemdlał pod prysznicem i rozwalił sobie łuk brwiowy. Tak mocno, że trzeba go było wsadzić w taksówkę i zawieźć do najbliższej służby zdrowia (siłą, bo się mocno opierał). Widok (prywatnego i jak twierdził nasz gospodarz, bardzo dobrego) szpitala w kraju trzeciego świata bardzo szybko i bardzo skutecznie pozwala zweryfikować wyobrażenia o idyllicznym szczęściu w tropikach. Tak, nasza służba zdrowia jest chujowa, nie, w Polsce żadna kobieta w ciąży nie siedzi pod gabinetem na podłodze, bo nie ma krzeseł, odganiając się od karaluchów, czy co to tam innego czarnego chodziło po podłodze. Nie mówiąc o tym, że strzykawki w naszych szpitalach są raczej jednorazowe.

            Bieda bardzo dobrze wychodzi na zdjęciach i dostaje dużo lajków. W Bombaju czy Manili można się nawet zapisać na phototripa z przewodnikiem po slumsach i zrobić tam dużo zdjęć uśmiechniętych ludzi na tle syfu. Potem można wrzucić posta na którąś społecznościówkę, albo nawet napisać książkę zaczynającą się od „kraj kontrastów”. Nie wiem tylko, czy ma to wartość inną niż dla ego fotografa, a co najważniejsze – jaką ma dla tych ludzi ze zdjęć.

odpowiedzialne podróżowanie Angkor

Odpowiedzialne podróżowanie – kto to wszystko posprząta?

            Nie wiem, jak zapamiętaliście lata dziewięćdziesiąte, ale oprócz dresów z kreszu, welurowych komplecików i wycieczki do Mcdonalda pamiętam syf. Nikt się nie przejmował ochroną środowiska, skończyłeś jeść kukuruku – papierek sru pod nogi. Pralka Frania skończyła żywot? Do lasu z nią, kto by płacił za wywóz elektrośmieci. Trzeba mocno wytężyć pamięć, bo smog smogiem, ale w 2019 roku ulice mamy czyste (lasy może mniej, ale jest coraz lepiej). No więc cała ta piękna instagramowa Azja wygląda pod tym względem dużo gorzej, niż Polska w najmroczniejszych latach dziewięćdziesiątych. Kupując soczek, piwo i jogurt w 7eleven w Bangkoku, dostaniesz po jednej plastikowej torebusi na każdy artykuł, plus jedną dużą na wszystko razem. Jeżeli pojedziesz na Borneo, z dużą dozą prawdopodobieństwa zamiast orangutanów zobaczysz plantacje palmy olejowej (i może paru eko-świrów z tłustymi włosami i jednym transparentem). Jeżeli pójdziesz na żywioł, albo poczytasz nie ten internet co trzeba, duża niespodzianka może cię też czekać na Bali. To jest naprawdę piękna, urzekająca wyspa ze wspaniałą naturą. Z tym że foty, które widzisz na instagramie, są skadrowane tak, że nie widać na nich tego, co cię przywita zaraz za lotniskiem: spalin, smogu i – dosłownie – oceanu śmieci. Tak ogromnego, że władze tej wyspy w zeszłym roku ogłosiły z tej okazji stan wyjątkowy. Parę lat temu byłam na archetypowo rajskiej wyspie w Kambodży – woda turkusowa jak z technikoloru, biały piasek, zero dróg, eko resorciki z bambusa krytego liśćmi palmowymi, za barem niemiecki hippis z jointem w ustach. Codziennie przed efekciarsko różowym zachodem panowie z obsługi resorciku przy pomocy niemieckiego hippisa ładowali na łódkę torby ze śmieciami z całego dnia i odpływali w stronę słońca. Z tym, że wracali po dwudziestu minutach, już bez śmieci,  a do najbliższego lądu były dwie godziny.

Jeszcze nigdy podróżowanie nie było tak tanie, a przez to łatwo dostępne i demokratyczne, jak teraz. To, że podróżując nie zawsze robię świat lepszym miejscem, nie znaczy, że mam zamknąć się w domu i oszczędnie oddychać, żeby ograniczyć produkcję CO2. Na studiach uczyli mnie kiedyś, że autorefleksja i edukacja to dobry pierwszy krok do zmiany.

Udanej autorefleksji.

odpowiedzialne podróżowanie śmieci

odpowiedzialne podróżowanie plaża