samolot podróż na własną rękę
Obecnie nic prostszego, niż kupić bilet – karta kredytowa i trzy minuty klikania. Trudniej jest ten bilet (w dobrej cenie i interesującym nas terminie) znaleźć. Zasada generalna jest taka: tanie bilety są tanie wtedy, kiedy są tanie. Jeżeli chcecie lecieć w konkretne miejsce w konkretnym terminie, z dużym prawdopodobieństwem za bilet będzie trzeba zapłacić więcej. Ci którzy lubią tanio, powinni podejść do tematu z większą elastycznością.
Podróż na własną rękę – bilety lotnicze.

W sytuacji kiedy wiem, gdzie bym chciała pojechać, korzystam z skyscannera lub google flights. Są to bardzo pożyteczne narzędzia, pokazujące bilety w wielu konfiguracjach, pozwalając znaleźć opcję najkorzystniejszą cenowo. Chcielibyśmy do Lizbony, proszę bardzo, wyświetla się cały miesiąc lotów do Lizbony. Można wtedy kombinować i znaleźć najlepsze dopasowanie ceny do terminu. W sytuacji „gdzieś bym, ale nie wiem gdzie” też są fajne opcje inspiracji. Na przykład pytam: guglu, gdzieś bym, ale nie wiem gdzie, na weekend, w Europie, w ciągu najbliższego miesiąca. A gugl na to, niezrażony moim niezdecydowaniem: Neapol, 10-13 stycznia, sto czterdzieści jeden złotych polskich. Lubię też portal flipo.pl, który ma całe listy ofert specjalnych, wraz z kalendarzami. Dzięki niemu stałam się między innymi szczęśliwą posiadaczką biletu do Johannesburga, cztery lata temu (chociaż wcale się tam nie wybierałam).

Po odnalezieniu interesującego mnie kierunku, bilet kupuję bezpośrednio u przewoźnika. Jakoś mam wrażenie, że w przypadku fakapu łatwiej będzie awanturować się na lotnisku z pracownikiem linii, niż przez telefon z pośrednikiem. Co nie zmienia faktu, że liniom zdarzają się fakapy nie do przeskoczenia. Taki Qatar na przykład, bardzo godne linie arabskie, trzymał mnie kiedyś (i wszystkich innych pasażerów feralnego lotu) na podłodze strefy tranzytowej, bez jedzenia i innej wody niż z kranu.

Co więcej, bilet kupiony bezpośrednio na stronie linii lotniczej może okazać się tańszy, niż pokazują wyszukiwarki. W tym momencie jestem przyczajoną tygrysicą na promki do Windhuk (stolica Namibii), i z jakiegoś powodu strona Lufthansy pokazuje mi lepsze ceny i korzystniejsze przesiadki (jedna trzygodzinna, zamiast dwóch w sumie dwudziestotrzygodzinnych), niż skyscanner i google. Magia, panie.

Właśnie, linie lotnicze. Dobre są droższe, ale dają jedzenie, wino, a dłuższych lotach także poduszki, kocyki, pastę do zębów i nowe odcinki seriali. Tanie linie są tanie i z Modlina. Natomiast kiedy mam do wyboru Qatar za dwa i pół tysia, albo UIA za tysiąc sześćset, to wybacz poduszko, wezmę swoją. Mam swoją, Wittchena, dali mi na jakiejś konfie biznes travelowej. W zeszłym roku zaryzykowałam i poleciałam na Sri Lankę narodowymi liniami ukraińskimi i nie żałuję. To znaczy, samolot miał ze dwadzieścia lat, fotele powycierane a alkohol dodatkowo płatny, ale wszędzie był o czasie i nie zgubił mojego bagażu, wszystko o jakiś tysiak osiemset taniej (na dwóch biletach), niż u luksusowej konkurencji. Ja wybrałam tysiaka osiemset, ale nikt nie broni wybierać luksusu.

lotnisko - podróż na własną rękę

Podróż na własną rękę – rezerwacja noclegu

Zasada jest prosta,  ściągasz na telefon aplikację booking.com i świat jest twoją ostrygą. Jest tam wszystko, od szopy siedmiu złodziei, po resort na Bora Bora z ceną noclegu wyższą niż polska roczna pensja. Na najgorszy nocleg w mojej podróżniczej karierze trafiłam w Bangkoku, gdzie budziłam się z twarzą dwa centymetry od obrzyganej ściany. Spałam też na zapadniętym materacu w Sewilli, dziurawych domkach z półmetrową jaszczurką pod prysznicem (cudownie było) i w hostelu, gdzie kibel i prysznic znajdowały się w tym samym pomieszczeniu o powierzchni metra kwadratowego. To nauczyło mnie czytać recenzje miejsc noclegowych i wybierać te ze średnią powyżej 8  (w Azji powyżej 8,5). Ponieważ jestem już duża, lubię też jak jest ładnie, w centrum, czysto i ze śniadaniem (chyba, że to duże europejskie miasto, wtedy na śniadanie można w jakieś miłe miejsce poza hotelem czy pensjonatem). Obszerniej o rezerwacji noclegów tu.

Jeszcze jedna kwestia – w przypadku roadtripu rezerwowanie z drogi vs. rezerwacja z góry. No więc obydwie te opcje mają swoje plusy dodatnie i plusy ujemne. Rezerwując z drogi, z dnia na dzień, zyskujemy niezależność i elastyczność, i jak nam się gdzieś spodoba bardziej, to zawsze będzie można zostać dzień lub dwa dłużej. Z drugiej strony, o czym przekonałam się na Sri Lance, dzień przed przyjazdem wasz upatrzony i wyklikany hotel z basenem, małpami i dzikimi pawiami na tarasie oraz waranem w rzeczce może być fully booked. Z kolei rezerwacja z góry zmniejsza elastyczność i może rodzić takie sytuacje, jak ta w Still Bai, RPA, które na mapie wyglądało spoko i gdzie zabukowałam trzy noce, w opcji bezzwrotnej. Nie było spoko, nie było co robić, a jedyna knajpa podawała śmierdzące małże z mrożonki. RPA ogromne tak, Still Bai zdecydowane nie.

Podróż na własną rękę – wypożyczenie samochodu

Internet jest pełen rozpaczliwych i wściekłych ludzi, których wypożyczalnia oszukała, złupiła i którzy zastanawiają się nad doniesieniem do prokuratury na bogu ducha winnego typa zza lady w Hertzu. Ja myślę, że są to opinie wynikające głównie z nieczytania rzeczy zapisanych małym drukiem. Oczywiście, pisanie małym drukiem istotnych informacji, przyczyniających się do zwiększenia zysku wypożyczalni,  jest trochę robieniem klienta (pokusiłabym się nawet o stwierdzenie, że skurwysyństwem). No ale – wszystko stoi w regulaminach, więc jak się nie chce zostać zrobionym, to lepiej je przeczytać. Parę ważnych rzeczy przy rezerwacji auta:

  • cena, którą pokazują różnorakie wyszukiwarki (rentalcars.com, na przykład) przeważnie nie zawiera pełnego ubezpieczenia, zawiera za to konieczność złożenia depozytu lub blokady określonej kwoty na karcie kredytowej.
  • depozyt można zmniejszyć lub zniwelować, kupując większy pakiet ubezpieczeniowy, ale uwaga – od wypożyczalni, nie od pośrednika, czyli serwisów typu rentalcars.com. Cena wynajmu wzrasta wówczas sporo, często nawet dwukrotnie.
  • to samo z udziałem własnym – można go zwiększyć lub zniwelować, ale w wypożyczalni, a nie kupując ubezpieczenie od rentalcars, czy innej firmy trzeciej.
  • ubezpieczenie kupione od pośrednika w ogóle niespecjalnie interesuje wypożyczalnię, to jest wasze dodatkowe zabezpieczenie. Działa to tak: jeżeli wykupicie ubezpieczenie w rentalcars, a w wypożyczalni nie i zostaniecie z opcją pt. wysoki udział własny, to i tak wam pociągną z depozytu lub karty kredytowej w razie szkody. Będziecie mogli się ubiegać o zwrot, ale w zupełnie innej firmie, niezwiązanej z wypożyczalnią (u ubezpieczyciela rentalcars. Czy jakiegokolwiek innego pośrednika, u którego zabukujecie sobie samochód).
  • w żadnej sieciowej wypożyczalni nie wydadzą wam samochodu bez karty kredytowej, nawet, jeżeli debetowa wystarczyła do zrobienia rezerwacji. Internet jest pełen łzawych opowieści osób, które wysiadły z samolotu o dwudziestej drugiej i zamiast do zarezerwowanego auta musiały szukać autobusu, bo typ z wypożyczalni pozostał nieugięty. Tymczasem zasada jest prosta: Hertz, Sixt, Europcars i tym podobne nie dadzą kluczyków, jeżeli nie dostaną karty kredytowej.
  • z najlepszymi dealami spotkałam się w małych, niesieciowych wypożyczalniach, Marbesol w Maladze czy Luzcar w Faro. Obydwie miały ofertę z pełnym ubezpieczeniem (bez udziału własnego), bez karty kredytowej, bez żadnego depozytu, na zasadzie  płać, masz tu kluczyki, thanks bye. W Chani na Krecie i w marokańskim Fezie było jeszcze lepiej, tam dałam do ręki kasę w gotówce i nikt się o żadnych depozytach nawet nie zająknął. Bardzo polecam takie rozwiązanie – oczywiście po uprzednim przeczytaniu świstka, który wam podtykają do podpisu.

Podróż na własną rękę – plan podróży

To mój ulubiony fragment, mogę to robić całymi godzinami i bardzo mi smutno, że nikt mi za to nie płaci. Przezwyciężyłam wprawdzie swojego wewnętrznego control freaka i już nie robię rozpisek godzinowych w excelu (naprawdę się przydawały, kiedy trzeba było gdzieś dojechać przed zmrokiem, ale nadal spędzam na planowaniu wyjazdów długie godziny, z tym że używając gwiazdek na mapach googla. Wyjeżdżając raczej staram się unikać turystycznych highlightów i nie mam problemu z tym, żeby być w Rzymie i nie wejść do Colloseum, gdyż szlag jasny trafi mnie już na etapie kolejki i tyle będzie z wyjazdowej przyjemności. Fajnych miejsc do obejrzenia, zjedzenia, wypicia, wejścia, wdrapania się i pomacania szukam oczywiście w internetach, ale na tyle różnych sposobów, że przyda się trochę systematyki.

  • Instagram. O wpływie tej aplikacji na zmiany w turystyce (i w ogóle w samym doświadczeniu podróży) można by doktoraty tworzyć i nieco mnie skręca, jak widzę przewodniki typu „Dziesięć Najbardziej Instagramowych Miejsc w Dowolnym Mieście Na Świecie”. Całym sercem jestem przeciwko pielgrzymkom do Halstatt i na huśtawki na Bali (travel sustainability to raz, a dwa – serio, ile razy można oglądać ten sam kadr), ale Instagram jest super, jeżeli chodzi o znajdowanie fajnych i klimatycznych noclegów, kawiarni, restauracji i barów. Ja zapisuję sobie wiele zdjęć z różnych ciekawych miejsc na świecie, tworzę z nich tematyczne katalogi, a kiedy przychodzi do wyjazdu, knajpiano-barowy przewodnik jest jak znalazł. Wystarczy miejscóweczki pozaznaczać na mapie i snuć się od jednej gwiazdki do drugiej. Obserwuję też osoby mieszkające w dużych miastach i specjalizujące się w fajnych relacjach z tychże. Kilka ulubionych to @paris.with.me – Paryż, @heydavina – Nowy Jork, czy @heyandiehey z Lizbony, ale opcji jest mnóstwo. Insta służy mi tez do wyłapywania ciekawostek architektonicznych i tu też mam kilka swoich ulubionych kont, jak @kroniki czy @brutal_architecture.
  • Atlas Obscura. Bardzo fajny portal, definiujący się jako „world of the hidden wonders”. Oprócz niewątpliwych highlightów, znajdziecie też ciekawostki typu Republika Kugielmugiel w Wiedniu, czy muzeum maszyn anatomicznych (how creepy is that) w Neapolu. W tym samym obszarze miejsc bardzo off track i dla ludzi lubiących dziwne atrakcje na urlopie – blog Messy Nessy Chic, głównie o Paryżu, ale nie tylko.
  • Blogi podróżnicze. Bardzo przydają się tam, gdzie zdjęcie czy relacja w instagramowych stories to za mało, czyli w podróżach wymagających większej wiedzy i organizacji, niż „wsiadam na Okęciu, wysiadam w Madrycie i biorę taksówkę do hotelu”. Oczywiście blogów podróżniczych jest pierdyliard i większość jest bardzo złych (sorry not sorry), ale są i dobre –  na przykład Ela (przez Elę już kocham Dolomity, chociaż jeszcze tam nie byłam) Daleko od domu (turbo praktyczne wpisy), czy Przepodróże (Spitzbergeny, Kirgistany i inne niepokojąco podniecające kierunki). Z niepolskojęzycznych cenię też Marion (piękne zdjęcia i luksus poza utartymi szlakami, żadne tam huśtawki na Bali).
  • Strony typu Spotted by locals czy Localslore, czyli polecanki tak zwanych lokalsów (za używanie tego słowa powinna o świcie pukać grammar policja). Obydwie bardzo lubię, druga się dopiero rozwija i pokazuje miejscówki raczej highendowe, ale to nic nie szkodzi, kibicuję.
  • Google i google.maps, w tym pierwszym nie ma nic zaskakującego („ok google, find best hikes in northern Spain”), natomiast google.maps to trochę mniej oczywiste narzędzie. Korzystam otóż z takiej opcji, która po określeniu zasięgu mapy pokazuje zdjęcia z geolokalizacją na tym konkretnym obszarze. Nie zliczę ciekawych i mało oczywistych miejscówek, które znalazłam podróżując kursorem po ekranie (następnie na własnych nogach).

Wylistowałam to wszystko i naszła mnie refleksja pt. jak ludzie to wszystko robili bez smartfonów, ba, bez kilobajta internetu. Sama w dwa tysiące szóstym dojechałam samochodem ze Stambułu do Warszawy (tzn. nie sama, kto inny prowadził) na przeczuciu i papierowej mapie (oraz z awanturami na każdym dużym rozjeździe). Chyba kiedyś podróżowanie bardziej polegało na odkrywaniu, teraz na wybieraniu z nieograniczonych możliwości. To nic, nadal jest najlepsze.