Maroko Essauira

Kiedyś miałam taką miłą tradycję, że po dłuższych wyjazdach robiłam u siebie tematyczne imprezy dla znajomych. Tematyczność polegała na jedzeniu jedzeń z kraju, z którego właśnie wróciłam, picia alkoholi rodzimych i opowiadania o przygodach. Jakie by to przygody nie były, nigdy by mi przez usta nie przeszła informacja, że coś się nie udało lub nie wypaliło. Tymczasem prawda jest taka, że podróż nie zawsze jest jazdą na jednorożcu w kierunku tęczy. Podzielę się zatem kilkoma błędami, które popełniłam, żeby nikt inny już nie musiał.

Wpadki podróżnicze – portugalski sierpień

Pierwszy raz pojechałam do Portugalii powodowana problemami natury sercowej. Uważam, że nic nie leczy romansowych niepowodzeń lepiej, niż zakup biletu lotniczego w miłe i ciepłe miejsce, gdzie robią wino, a seafood jest z kutra, a nie z mrożonki. Tym razem niefortunnie się złożyło, że romansowe niepowodzenie wystąpiło w pełni lata, więc leczniczy bilet zakupiłam na sierpień. Zdawałam sobie oczywiście sprawę, że w sierpniu wakacje ma cała Europa i spędza je gremialnie na plażach południa, ale miałam nadzieję, że piasku wystarczy dla wszystkich. W końcu mają go dużo.

Na portugalskie wakacje namówiłam przyjaciółkę Joannę, która wprawdzie nie wymagała postromansowej rekonwalescencji, ale mieszka w Oslo, więc potrzebowała witaminy D. Koncepcję miałyśmy bardzo idealistyczną, otóż taką, że wypożyczymy sobie samochód, weźmiemy ze sobą namiot, i będziemy jeździć jak Thelma i Louise (tylko bez wjeżdżania w przepaście), oraz budzić się z widokiem na ocean. Szybko się okazało, że rozbijanie namiotu na dziko w miesiącach letnich jest w Portugalii zabronione, a nawet jakby nie było, to w sierpniu dziko nie było nigdzie. Pozostały nam regularne kempingi, gdzie albo miałyśmy dziesięć minut pieszo do łazienki, albo cztery południowoeuropejskie rodziny wielodzietne wokół. Hitem był camping pod Lizboną, coś w rodzaju naszych ogródków działkowych, tylko że działki były jałową ziemią i stały na nich przyczepy kempingowe. Widać było, że stoją tam na stałe, właściciele przyozdabiali miedzę kreatywnie, czasem kaktusikami, a czasem krasnalami ogrodowymi i spędzali miło weekend. Dla nas miejsce znalazło się na klepisku obok sceny, gdzie w dzień trwały animacje dla młodszej młodzieży, a w nocy bachanalia dla starszej. Przetrwałyśmy tylko dzięki zatyczkom do uszu i proszkom nasennym.

Sama Lizbona również nie przywitała nas z otwartymi ramionami. Zaczęło się od półgodzinnego oczekiwania na słynny tramwaj (wtedy jeszcze nie wiedziałam, że te zabytkowe jeżdżą też na innych trasach), podczas którego sierpniowe słońce poparzyło mi stopy (pomimo użycia olejku z filtrem wiodącej marki). Potem Joanna podtruła się lodami ze standu Algidy, a na koniec okazało się, że nie tyle nie zmieściłam się w budżecie, co całość wyprawy kosztowała mnie tyle, co dziewiętnaście dni w Indonezji (wliczając bilety linii Emirates i noclegi niekiedy z basenem).

Morał historii jest taki, że na sierpniowe wyjazdy najbardziej polecam działkę mojej przyjaciółki Ewki w okolicach Węgrowa. A Lizbonę kocham bardzo, ale dopiero od momentu, kiedy pojechałam tam w lutym.

Portugalia plaża

Portugalia Porto

Portugalia namiot

Wpadki podróżnicze – ten euro harrisa w Maroku

To nie jest tak, że żałuję pobytu, ale nie wiem, czy chciałabym wybrać się do Maroka drugi raz. Nie zamierzam z nikim polemizować, bo to moje osobiste odczucia, jeden lubi ciastka a drugi jak mu nogi śmierdzą. Maroko jest pięknym krajem pod wieloma względami. Jechałam przez góry Atlas z nieustającym opadem szczęki, wsuwałam tażiny do wypęku, śniadanka na dachach riadów nie mają sobie równych, świeżo wyciskany sok z marokańskich pomarańczy jest zajebisty, oraz naprawdę fajnie było zobaczyć na żywo miejscówki z Gry o Tron.

To, co skutecznie mnie zniechęciło, to konieczność stosowania zasady ograniczonego zaufania do prawie każdego Marokańczyka, który otwierał do mnie usta. Nie dlatego, że naczytałam się w internetach o przekrętach typu “źle idziesz, ja cię zaprowadzę, daj dwadzieścia euro, przecież cię przyprowadziłem”, chociaż być może, że jakieś uprzedzenia to wywołało. Po kilku mało sympatycznych sytuacjach, gdzie odczułam to na własnej skórze (“dzień dobry panu ulicznemu sprzedawcy ciasteczek, poproszę te dwa małe ciasteczka z orzechem, o jakie smaczne, JAK TO OSIEM EURO SIĘ NALEŻY”, “dziękuję, że mi mówisz o tym targu wyrobów berberyjskich, który odbywa się raz do roku i chętnie mnie tam zaprowadzisz, ale nasz pan hotelarz twierdzi, że tam jest czynne codziennie”, “o jaki pan ma ładny sklep z przyprawami, ile przypraw, kupię mamusi harrisy, poproszę trochę harrisy, dziesięć euro, pan powiada?”) przestałam ufać komukolwiek.

Jasne, można traktować takie podejście jako element gry i zabawy, wyczilować się i wczuć w lokalny koloryt, ale ja nie potraktowałam i się nie wczułam. Lubię mieć do ludzi zaufanie, nie lubię cały czas być w podwyższonej gotowości i zastanawiać się, czy intencje ludzi, z którymi wchodzę w interakcje, są aby na pewno dobre. Nie mam ochoty lawirować i nie kręci mnie wymykanie się z rąk pseudoprzewodników, którzy ciągną mnie w ciemne uliczki tylko po to, żeby potem krzyknąć sobie gud prajs dwadzieścia euro za wyprowadzenie mnie całej i zdrowej z tychże. Nie to, że się dałam zaciągnąć – na to mam niezawodny sposób, otóż mówię do delikwenta bardzo szybko i bardzo dużo polskich słów, jednocześnie udając, że nie znam angielskiego ni w ząb. Zawsze działa. Wierzę też, że cwaniackie naciągactwo to nie jest narodowa cecha Marokańczyków i jestem daleka od generalizacji z gatunku “każdy Polak to pijak i złodziej”. Niemniej, na razie się do Maroka nie wybieram. Co nie znaczy, że odradzam, być może że ktoś odnajdzie w tym klimacie fun i przygodę.

Maroko Essaouira

Maroko Essaouira

Maroko Góry Atlas

Wpadki podróżnicze – irańskie przedszkole

Bilet do Teheranu również nabyłam powodowana przykrością romansową (inną, niż ta portugalska). Sama, jedną sztukę biletu. Na tę okoliczność w pracy uznali mnie za wariatkę, jedna przyjaciółka mi zabroniła, druga zabroniła mi kategorycznie, trzecia nie uwierzyła, a mamie bałam się powiedzieć. Tymczasem, Iran to jeden z najbardziej niedocenianych turystycznie krajów świata (dzisiaj już nieco bardziej popularny), pełen niesamowicie gościnnych i przyjaznych ludzi. Last but not least – jest tam bezpieczniej, niż w Radomiu.

Ugięłam się jednak pod presją otoczenia, przerażonego moją wolą odwiedzenia kurdyjskich wiosek i pomacania Persepolis, i dałam ogłoszenie na fejsbukowej grupie, że oto poszukuję towarzystwa. Odzew przerósł moje oczekiwania, mogłam bez mała zorganizować casting na towarzystwo, przebierać w ofertach i zabukować sobie partners in crime na pięć lat do przodu. Wybrałam dwie osoby, chłopaka i dziewczynę (znajomych, nie parę), kierując się kryterium doświadczenia w samodzielnych wyjazdach na własną rękę. Ci mieli rozległe, teoretycznie znacznie większe niż ja. Pierwsze wątpliwości zaczęłam mieć już w autobusie do Berlina  (stamtąd miałam samolot), gdzie męska część mojego irańskiego towarzystwa wydoiła duszkiem butelkę balantajsa, po czym zaczęła zachowywać się w sposób nie znajdujący zrozumienia u reszty pasażerów. U mnie też nie znajdujący.

W Iranie alkohol jest nielegalny, więc akurat ten problem się nie powtórzył, ale pojawił się inny. Z jakiegoś powodu dynamika grupy zadziałała tak, że nowi znajomi na moje ręce przekazali odpowiedzialność za całość wycieczki. Nic nie werbalizując, ot tak, po prostu. Dzień zaczynał się od kierowanego w moją stronę “to co dziś robimy”, każde wołanie taksówki kończyło się staniem przy krawężniku i wyczekującym spojrzeniem w moją stronę, a każde poszukiwanie hotelu pilnowaniem mojego plecaka. Przy czym, jakkolwiek cudownym krajem nie byłby Iran, nie da się tam, tak jak w większości świata kupić na lotnisku karty z prepaidowym internetem i rezerwować przez booking. Ze względu na międzynarodowe sankcje, według bookingu po prostu nie ma takiego kraju. Według organizacji płatniczych visa i mastercard też nie. Nie traktowałabym tego jako utrudnienia, o ile ktoś jeszcze oprócz mnie miałby wynotowane adresy hoteli w większych miejscowościach, albo przynajmniej zabrał ze sobą papierowy przewodnik. Ostatecznie, porozmawiał z recepcjonistą, obejrzał pokój i podjął decyzję, czy zostajemy, czy jedziemy dalej. Nie mam nic przeciwko odpowiedzialności za siebie samą, ale zrzucanie jej na drugą osobę (zwłaszcza kiedy tą osobą jestem ja) nie jest do końca tym, z czym chcę dilować podróżując. Jadąc na wywczas (zwłaszcza do tak innego i fascynującego kraju jak Iran) wolałabym się skupiać na zewnętrzu, a nie na pilnowaniu, czy każdy wyjął z taksówki wszystkie sztuki bagażu, albo czy w knajpie, do której się wybieramy, są wegańskie opcje (tak, jest, ryż). Przy okazji nabrałam szacunku do zawodu pilota wycieczek, mnie zmęczyła grupa dwuosobowa, co dopiero jakbym miała ogarnąć czterdzieści.

Sam Iran jest wspaniały, ludzie przyjaźni i gościnni, jedzenie pyszne (zwłaszcza to domowe), i jechałabym jeszcze raz.

Maroko Rabat

Maroko Rabat

Wpadki podróżnicze – Sri Lanka – najgorzej mieć oczekiwania

Na Sri Lankę chciałam bardzo, od kiedy przeczytałam Wielki Bazar Kolejowy Paula Theroux. Niektórzy twierdzą, że Theroux w swoich książkach nieco gdera, mi to gderanie nie przeszkadza, a nawet je lubię. Gdybym poprzestała w swoim riserczu na tej pozycji (ewentualnie dodała parę fajnych hoteli i jedzeń do ulubionych na gmapsach), pewnie patrzyłabym na tę wyspę zgoła inaczej. Niestety, postanowiłam zrobić sobie kuku i przed wyjazdem przeczytać cały internet polsko i anglojęzyczny, oraz przeskrolować całego instagrama. Cokolwiek napisano o Sri Lance, przejrzałam po pięć razy, czyniąc szczegółowe notatki. Zwiedziłam całą wyspę wzdłuż i wszerz, zanim postawiłam stopę na lotnisku w Colombo, i to był największy błąd, jaki mogłam popełnić. Żaden piasek nie był dla mnie dostatecznie biały (no jak to, na instagramie był bielszy), żadna zieleń wystarczająco zielona, niebo za bardzo zachmurzone (halo, internet może i wspominał, że tu dużo pada, ale na zdjęciach nie było chmur!), i żaden dziki słoń nie wyszedł nam przed autobus, musieliśmy ich szukać w parkach narodowych.

Oczywiście, że uważam się za osobę myślącą racjonalnie, więc na poziomie świadomym zdaję sobie sprawę z faktu, że świat nie wygląda tak, jak na ładnych obrazkach z sieci. Rozumiem, że skoro wyspa jest porośnięta dżunglą i zielona, to nie może być tam palącej lampy trzysta sześćdziesiąt pięć dni w roku, bo nie byłoby dżungli, tylko pustynia. Wiem, że azjatyckie miasta są hałaśliwe, brudne i prawie nigdy nie ma chodników, że czasem na wakacjach też leje przez dwie doby, polecany przez internety hotel może okazać się brudną szopą ze ścianami z dykty, oraz świat nie jest stworzony po to, żeby spełniać moje oczekiwania. Co nie zmienia faktu, że je sobie niepotrzebnie zbudowałam, co nieuchronnie doprowadziło do pewnego rodzaju rozczarowania. Nie mówię, że było źle – było po prostu inaczej, niż się spodziewałam. A trzeba było się nie spodziewać.

W żadnym wypadku nie odradzam nikomu jechania na Sri Lankę, przeciwnie, ale na boga, keep away from instuś, albo przynajmniej dawkujcie rozsądnie.

Sir Lanka Trincomalee

Sri Lanka atrakcje Dambulla

Sri Lanka atrakcje Sigiriya